Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia wietnamska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia wietnamska. Pokaż wszystkie posty

31 grudnia 2022

Banany w cieście po wietnamsku

Moja ulubiona słodka przekąska z barów wietnamskich. Niektórzy mówią  że to danie z ich czasów studenckich. No, ja chyba ich podczas studiów nie jadłam. Zdarzyło mi się dopiero jak zaczęłam pracować w Warszawie. Zawsze chciałam poznać tajniki ich przygotowywania. I zdarzyło się na warsztacie kuchni wietnamskiej, parę lat później również na warszawskiej Ochocie. Już parę lat minęło od tego warsztatu, a ja nadal korzystam z tego przepisu i od czasu do czasu je robię. Chociaż częściej jadam w barach wietnamskich, zwanych niesłusznie " chińczykami ". Ale to już zupełnie inna historia


1/2 kg mąki pszennej
30 g proszku do pieczenia
2 jaja
2 łyżki oleju
ok 70 ml ciepłej  wody
olej do głębokiego smażenia
cukier waniliowy do posypania
bita śmietana ( opcja )

Składniki połączyć. Banana dzielić na 4 części. Każdy kawałek obtaczać w mące, a następnie w cieście i wrzucać na głęboki olej. Kawałki wyjmować gdy są lekko złote. Posypywać cukrem waniliowym ( moje były posypane cukrem drobnym różanym ), można dodać bitą śmietanę lub nie ;)


17 lutego 2018

Słodko-kwaśny przewodnik, na jaki czekaliście.



Nareszcie powstała książka, która powinna się pojawić kilka ładnych lat temu. " Słodko-kwaśna historia, czyli wszystko co chcieliście kupić w wietnamskich sklepach, ale baliście się zapytać ", została napisana przez Wietnamczyka  Ngo Van Tuonga oraz zilustrowana przez Dorotę Podlaską. Wietnamczykom Polska kojarzy się ze śniegiem. Dlaczego ? Sama byłam zdziwiona. 
Kiedy błądzący jak dziecko we mgle Polacy stawiali pierwsze kroki w sklepach z wietnamską żywnością. Taki znajdował się  na Stadionie, blisko dworca  Warszawa Stadion.  A w nim mnóstwo wszelkiej maści zieleniny, dziwne owoce i warzywa ( kto wie czy to rzeczywiście warzywa czy owoce ), słoiczki z różną zawartością, puszki i sosy w różnych buteleczkach. Oszałamiał ogrom nieznanego jedzenia, czułam dreszcz radości.

sklep na Stadionie


Ja do tego sklepu chodziłam jak na nieznaną, pełną przepraw, najeżoną nieznanymi przeszkodami przygodę. Odurzał z lekka zapach tego sklepu, z resztą dzisiejsze sklepy wietnamskie pachną podobnie. Nie wiem czy to wynik zmieszania wielu zapachów czy jakiś konkretny zapach jednego produktu. Sprzedawcy wówczas nic nie  mówili po polsku albo " to jest dobre " albo " nie umie zrobić ". Ten drugi tekst usłyszałam oglądając paczuszkę z  młodym,  zielonym ryżem. Wtedy oczywiście tego nie wiedziałam.  Już miałam odłożyć na miejsce, ale zobaczyłam wzrok sprzedającej i już wiedziałam że się nie poddam. Tam kupiłam mój pierwszy sos rybny, który tak mi wtedy śmierdział, że go wylałam. Już wtedy kupowałam tam duże paki ryżu jaśminowego i makaron ryżowy. Kupowałam zieloną kolendrę, którą znałam oraz pak choi, o którym przeczytałam w jakiejś ilustrowanej książce z przepisami na wok. Czułam że tam jest ogrom niesamowitych towarów, których ja nie byłam w stanie rozszyfrować. Nie wpadłam jeszcze wtedy na pomysł, by prosić o nazwę wietnamską na kartce. Na Stadion chodziłam wyłącznie na zakupy jedzeniowe do Wietnamczyków, nikt wtedy nie otworzył mi królestwa tamtejszego jedzenia. Widziałam budki z jedzeniem, nazwy po wietnamsku które mi nic nie mówiły. Bałam się wejść i zamówić cokolwiek.



Z żalem żegnałam zamknięcie Stadionu, bo miałam wrażenie że coś bezpowrotnie się kończy, że zniknie to miejsce i oczywiście mój sklep z żywnością. Mówiono już wtedy że większość kupców przeniesie się do Wólki Kosowskiej. Myślałam - gdzie to jest ? Jak zaczęłam pisać ten post to mi się przypomniało, że na studiach podyplomowych o tematyce społeczno- kulturowych problemy  wielokulturowości, jakie skończyłam kilka lat temu zrobiłam prezentację o naszych Wietnamczykach. Były tam zdjęcia ukradkowo robione na zwijającym się już stopniowo Stadionie i  zdjęcia z imprez z kompleksu świątyń na Zamojskiego.  Bywając w tamtych miejscach, których już nie ma,  miałam wrażenie że przenoszę się w inne miejsce na ziemi.


Potem nauczyłam się robić sama zakupy, znajdować zupełnie nieznane produkty, gotowe dania jak bunh chung, sałatkę z ze skórek czy sałatkę z flakami, zieleninę, warzywa i owoce. Raz nawet mięso kozy kupiłam i owoc gac, barwiący na czerwono np. ryż. Czasem uda mi się kupić ulubioną pastę mojego syna - mam tep chung. 


Albo kupowałam produkty z opisem np " jeść z ryżem " albo z napisami po wietnamsku co za dania można z danej rzeczy zrobić. Czasem w skrócie dostawałam cały przepis na jakieś danie.

suszona wieprzowina

Ugotowałam zupę z liści z drzewa, jak ją nazwał mój mąż. Ale znajomi i tak mnie pytają, ale jak ty tam to poznajesz, jak kupujesz, co z tego robisz.


Teraz mogę  im polecić książkę, którą już przeczytałam. Oprócz wspomnień Wietnamczyków, którzy związali swe losy z Polską, są tam opisane warzywa, owoce, zieleniny, gotowe produkty, sosy i inne smakowitości, które można dostać w sklepach wietnamskich. Ale nie jest to suchy opis, tylko barwna historia, okraszona różnymi zabawnymi dygresjami. Część opisująca produkty jest ujęta na zasadzie przewodnika. Jest tam też kilka typowych potraw wietnamskich, część już jest znana większości jak sztandarowa zupa PHO czy tzw sajgonki. Z książki dowiedziałam się kto taką nazwę wymyślił dla tego dania. Mało kto z Polaków wiedział że są to Nem. Większość do tej pory nie wie. I tak sobie myślę, że czas już najwyższy by Polacy dowiedzieli się o tym jaka społeczność mieszka obok nich. Że tekst " idę do Chińczyka" jest po prostu śmiechu wart, bo w większości pracują tam Wietnamczycy i oni dla nas gotują. Warto poznać oryginalną kuchnię wietnamską, bo dania typu kurczak słodko-kwaśny czy wieprzowina curry czy kurczak w cieście, to dania typu pol-viet i coś tam jeszcze azjatyckiego.  Na szczęście coraz więcej jest miejsc, gdzie można kupić takie dania. 



A tym którzy lubią gotować polecam wybrać się do jednego ze sklepów wietnamskich z żywnością i zaszaleć z książką w ręku. Sklepy są w podwarszawskiej Wólce Kosowskiej, oraz w Warszawie na targowisku na Bakalarskiej i na Marywilskiej. Zazwyczaj robię zakupy w Wólce jadąc po drodze do rodziców. 
Korzystając z książki można sobie pozwolić na komfort nie błądzenia we mgle, jak to było mnie dane już ponad piętnaście lat temu. Warto kupić kilka składników i w domu ugotować coś wietnamskiego. Ja przymierzam się do ugotowania zupy bun bo hue, bo kiedyś spróbowałam i bardzo mi smakowała. Mam ochotę również kupić super gorzką balsamkę i nadziać ją mięsem, choć przyznam że chętnie bym spróbowała tego dania w jednej z restauracji. 


14 października 2017

Têt Trung Thu- Święto Środka Jesieni w Wólce Kosowskiej



Dostaliśmy zaproszenie na Têt Trung Thu, czyli  Święto Środka Jesieni w Wólce Kosowskiej. Świętowanie z liczną w Polsce społecznością wietnamską. Najpierw miało się odbyć w jednej ze świątyń wietnamskich koło Warszawy, ale z uwagi na deszczową pogodę przeniesiono je do pawilonu handlowego w Wólce Kosowskiej. Przez co świętowanie straciło trochę atmosfery, no ale trudno,  za to deszcz nie padał na głowę. Szkoda, bo w świątyni inaczej by to wyglądało. W tym roku święto przypadało dokładnie 4 października. Na Marywilskiej i na Bakalarskiej w pawilonach z żywnością wietnamską szukałam ciasteczek księżycowych, które są spożywane podczas tego święta, ale nie udało mi się. Na Marywilskiej nie było, a na Bakalarskiej już nie było. Miały być na drugi dzień. Stojąca obok mnie Wietnamka powiedziała że ona też chce kupić te ciastka, ale nie może dostać od kilku dni. No i obeszło się bez ciasteczek księżycowych. Na święcie też niestety nie było tych ciasteczek. Były za to misternie ułożone kompozycje z owoców i inne słodycze. Najbardziej zadowolone były dzieciaki, w tym mój z występu smoków, zabawy i gry na bębnach. 
Święto to obchodzone jest też w innych krajach azjatyckich, w Chinach, Japonii i Korei. Co ciekawe w Japonii z tej okazji są robione DANGO, czyli kuleczki z mąki ryżowej, serwowane w różnych sosach. Kiedyś nauczyłam się robić te kuleczki na warsztacie kuchni japońskiej. 
Zapraszam do obejrzenia mojej foto-relacji. 
















11 czerwca 2017

Szpinak wodny z czosnkiem smażony ( Rau Muong Xao Toi )

Szpinak wodny zwany też wilcem wodnym ( rau muong po wietnamsku ), to prawie nieznane u nas warzywo. Kilka razy widziałam te gałązki w sklepach z azjatycką żywnością i wahałam się czy je kupić. Tym razem skłonił mnie do tego przypadek. Dwa opakowania tej rośliny kupował Polak, spytałam go co będzie z tego robił. A on mi powiedział, że robi takie szybkie danie z patelni z czosnkiem, od kiedy wrócił z Chin. Tam je bardzo często jadł. Jak widać sposób przygotowywania tej rośliny po chińsku i wietnamsku jest podobny. 


składniki
1 pęczek szpinaku wodnego
4- 5 ząbków czosnku
1 łyżka sosu ostrygowego
1 łyżka sosu rybnego
cukier do smaku
olej do smażenia
sól 

Dzielimy gałązki szpinaku wodnego na 3 części każdy. Warzywa gotujemy krótko w osolonej wodzie. Wyjmujemy na sitko i płuczemy pod strumieniem zimnej wody. Na patelnię wlewamy olej rzepakowy i dodajemy zgniecione nożem ząbki czosnku. Chwilę smażymy, by czosnek wydobył smak, ale się nie przypalił. Dodajemy szpinak wodny, solimy do smaku, dodajemy cukier oraz sos ostrygowy i rybny. Smażymy około 3 minuty. Podajemy, jako przystawkę do dań mięsnych lub do ryżu. 



01 czerwca 2017

Wietnamska zupa z musztardowca ( CANH CẢI )

Moja metoda na zakupy i gotowanie po wietnamsku nadal działa. Ważne, by zakupiony nie znany wcześniej produkt miał na opakowaniu opis po wietnamsku. Potem nie jest trudno znaleźć jakiś przepis na necie, a jak trwoga to zawsze pomogą znajomi wietnamscy i polscy, którzy podpowiedzą co i jak zrobić. Każdy taki nowy produkt, to jakby przygoda. Szukanie przepisów, porównywanie ich, wybieranie tego co ujmuje najbardziej, lub tego do którego mam większość składników, robienie, smakowanie tego dania i reakcja rodziny.  Zakupiony pęczek musztardowca ( rau cai cay ) chciałam właściwie wykorzystać. Już wcześniej miałam ochotę kupić to warzywo, ale wyglądało tak niepozornie. Przepis na tą zupę CANH CẢI  znalazłam na stronie Wietnamki Helen. W przepisie występuje wołowina, ale miałam akurat chude mięso z szynki.  Nie dodałam do marynaty do mięsa rosołu z kurczaka instant, bo nie stosuję w swojej kuchnia takich przypraw i dodatków. Dodałam więcej sosu rybnego. 


1 pęczek musztardowca ( rau cai )
ok. 200 gr wołowiny lub chudej wieprzowiny
1/2 łyżeczki czarnego pieprzu
1-2 ząbki czosnku
2 łyżki sosu rybnego
2 łyżki oleju rzepakowego
5 cm kłącza imbiru
sól do smaku

Mięso kroimy na cienkie plasterki. Marynujemy je z dodatkiem czarnego pieprzu, czosnku, sosu rybnego i połowie oleju rzepakowego. Marynujemy co najmniej 15 minut. Imbir obieramy i zgniatamy bokiem noża, by wydobyć jak najwięcej smaku. Smażymy mięso na łyżce oleju w garnku w którym będziemy gotować zupę. Do przesmażonego mięsa wlewamy wodę.  Musztardowiec kroimy na około 4 cm kawałki. Wcześniej należy dodać grubsze kawałki, a potem liście. Dodajemy też imbir oraz solimy do smaku lub dodajemy jeszcze sosu rybnego.  Gdy zielenina już jest miękka serwujemy gorące. Można dodać sosu chilii. 


12 maja 2017

Street food nadal na topie ? Warsztaty.

Street food nadal jest na topie. Co ciekawe ten trend nadal rośnie. Skąd ja to wiem ? Można to było stwierdzić wybierając się w pewną sobotę na błonia Stadionu Narodowego w Warszawie. Odbywała się tam pierwsza, wiosenna impreza food truckowa w tym roku. Miał być duży wybór dań. Pogoda była piękna, sprzyjająca imprezom pod chmurką. Nie to co teraz ;).  Poszliśmy pieszo by złapać trochę powietrza po drodze. Zaniepokoiły już tłumy idące alejkami Parku Skaryszewskiego w kierunku Stadionu. Ale w Parku Skaryszewskim w taką pogodę dużo ludzi lubi spacerować. Gdy już wynurzyliśmy się z parku, trzeba było się przeciskać przez tłum, by przejść przez jezdnię. Potem już było tylko gorzej. Trucki kusiły cudownym zapachem. Aż nas skręcało. Syn poprosił o frytki. Ale gdyby to było takie proste... Podchodzę do samochodu i parę minut później j delektuję się soczystym hamburgerem, pyszną kanapką z szarpaną wieprzowiną czy frytkami. Do prawie każdego trucka była kolejka na kilkanaście osób, reszta podpierała wozy w oczekiwaniu na wydanie dania. Po lody tajskie stało chyba ponad 40 osób, kolejka wiła się i dochodziły ciągle nowe osoby. Doszliśmy prawie do końca alejki z wozami. Tam gdzie mieliśmy ochotę zjeść były okropne kolejki. Trudno się było przecisnąć, by wrócić do Ronda Waszyngtona. Ludzie, ludzie i ich rowery. Dziecko dopominało się jedzenia coraz bardziej. Nie było szans by w ciągu godziny coś zjeść. Jakiej godziny ? Małe dziecko tyle czasu nie będzie czekać. A i nam się od tych zapachów bardzo już chciało jeść. Na szczęście obok jest ulica Francuska i tamtejsze restauracje. I to wcale nie wyludnione. Podejrzewam, że duża część ich klientów, to niedoszli klienci food trucków, jak my. Zatem jak widzicie zainteresowanie ulicznym jedzeniem wcale nie maleje. Warto zrobić sobie coś pysznego w domu. Bo street food to nie znaczy fast food. Choć czasami można się pomylić.


W warszawskiej szkole kulinarnej dla dzieci i młodzieży Little Chef jedne z zajęć były poświęcone właśnie  kuchni STREET FOOD. Mój starszy syn w konkursie na małego szefa kuchni zdobył 2 miejsce i  wygrał m.in voucher na trzy zajęcia w tej szkole. Dzięki temu mógł uczestniczyć w świetnym warsztacie kulinarnym i poznał tajniki przygotowywania kilku dań street food. 


Zajęcia odbywają się na Mokotowie. Tematyka zróżnicowana i bardzo ciekawa. Zajęcia są dla różnych grup wiekowych dzieciaków, a niektóre warsztaty są rodzinne i mogą w nich uczestniczyć rodzice. Potem odbywa się wspólne smakowanie dań.


Smażone w głębokim tłuszczu kawałki ryby do dania " FISH & CHIPS", typowego angielskiego street food. Frytki za to pieczone w piekarniku, by danie nie było zbyt kaloryczne. Dzieci robiły również same domowy majonez. 


Smażone tofu do banh mi oraz sposób na robienie churros to wyciskanie ciasta przez rękaw cukierniczy na gorący olej. 



A oto pâté  do dania wietnamskiego, które bardzo lubię czyli do BANH MI. Pâté to rodzaj pasztetu, który w kuchni wietnamskiej znalazł się dzięki obecności francuskiej. Jest jednym z dodatków do Banh mi. Choć można tam dodać również duszony boczek, wołowinę czy tofu.


Banh mi to wietnamska bułka podłużna,  z mąki pszennej i ryżowej, wypełniona różną zawartością. Tutaj z pate lub smażonym tofu oraz innymi głównie warzywnymi dodatkami. Kolendra i sriracha na końcu. 


Bardzo mi się podobał sposób podania angielskiej przekąski w gazecie, tak jak to podawane to było i nadal jest często podawane w Wielkiej Brytanii. Z domowej roboty majonezem smakowały wybornie. Bo na warsztatach dla dzieci jest zasada, że dania przygotowane przez nich są później serwowane również swoim rodzicom. 


Churros, danie z kuchni hiszpańskiej  z ciasta parzonego, smażone w głębokim tłuszczu. Podawane zazwyczaj gorące z sosem czekoladowym. Wcześniej obsypane cukrem pudrem. 


Uczenie dzieci, zarówno tych najmłodszych jak i całkiem dużych gotowania to nie tylko zdobywanie wiedzy praktycznej ale też przyzwyczajanie ich do obowiązków domowych i świetna zabawa. 

13 marca 2017

Tofu w panko, czyli đậu phụ chiên xù z kolczochem w sosie. Wietnam na pałeczkach.

Wiedziałam, że kiedyś głównym bohaterem mojego wpisu będzie TOFU. Dla niektórych to główny składnik pożywienia. Znam takie osoby. Dla niektórych to coś co nie ma zapachu i smakuje jak tektura. Już robiłam dania z tofu, od kiedy mogę je kupić świeże u Wietnamczyków. Np te z pastą mam tep chung. Ale to zawsze tofu było dodatkiem. A tu tofu jest głównym składnikiem. Panierowane w domowym panko i smażone w głębokim tłuszczu. To đậu phụ chiên xù podane na lekko chrupkim kolczochu w smakowitym sosie. Takim daniem, tylko na innych warzywach zostałam poczęstowana w Viet Street Food Bistro na Saskiej Kępie. Oto link do mojej recenzji. Miejsce ze smakiem.  Kiedyś kupiłam z ciekawości  gotowe panko w torebce, nie wiedząc co to jest. Potem doczytałam, że to rodzaj panierki japońskiej, z grubo tartej bułki pszennej. Co ciekawe w składzie oprócz tej bułki było z pół tablicy Mendelejewa. Zakup kolejnej torebki w krzykliwych kolorach  jakoś mnie nie zachęcał, mimo ze już kilkakrotnie przymierzałam się do kupna. Sama zrobiłam w końcu to panko, może nie tak ortodoksyjne jak potrzeba, ale za to zdrowsze niż kupne. A teraz przejdźmy do tajemniczego jejmościa KOLCZOCHA. To warzywo jest z dyniowatych, choć w istocie jest podobne w smaku i teksturze do kalarepki. Warto kupić jak się uda znaleźć. Kolczochy kupiłam w Wólce Kosowskiej, już nie po raz pierwszy. Ale możecie zamiast go dodać fasolkę szparagową czy szparagi w odpowiednim sezonie. 



2 kawałki tofu naturalnego( ok 360 gr )
2 łyżki mąki pszennej do panierki 
1 bułka pszenna bardzo grubo  starta
olej do smażenia głębokiego
1 jajko
świeżo zmielony pieprz
sól 

1 kolczoch lub 1 kalarepka
2 małe ząbki czosnku
1 szklanka bulionu mięsnego lub warzywnego
1 płaska łyżka mąki pszennej do sosu
3 łyżki sosu rybnego (opcja )
1 łyżka sosu ostrygowego 
1 łyżka słodkiego sosu sojowego indonezyjskiego ( lub łyżeczka cukru )
2 łyżki sosu sojowego jasnego
olej do smażenia


zielenina do dekoracji i smaku ( kolendra, szczypior )


Tofu kroimy w kostkę, taką na jeden kęs. Solimy i pieprzymy do smaku. Obtaczamy w mące pszennej, panierujemy w rozbełtanym jajku, następnie w bułce tartej i smażymy na głębokim oleju na złoto. Odsączamy z nadmiaru tłuszczu.
Kolczoch kroimy w podłużne paski. Chwilę przesmażamy na oleju, dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę. Chwilę smażymy i dolewamy bulion z rozmąconą łyżką mąki oraz dodajemy sosy. Nie należy się zbytnio sugerować przepisem w doborze tych sosów, to mój dobór, z przewagą sosu rybnego. Można dodawać je wg swojego smaku. Warzywa powinny pozostać chrupkie, a nie rozgotowane.
Na porcję warzyw z sosem wykładamy kostki usmażonego tofu. Posypujemy zieleniną. U mnie akurat zabrakło. 




12 lutego 2017

Wietnam na pałeczkach. Deser CHE z bochenkowcem.


Gdy w zeszłym roku uczestniczyłam  w warsztacie wietnamskiego Street Foodu w Muzeum Etnograficznym w Warszawie poznałam sekrety robienia kilku dań. Robiłam tam też nietypowy deser, który jednak okazał się  typowy, ale dla wietnamskiego podniebienia. Dość prosty, bo może być złożony z samych owoców zalanych słodkim ( posłodzonym ) mlekiem kokosowym lub zwykłym. Wietnamczycy dodają do parady fasolę w kolorze bordowym. Na warsztacie wersja  byłaby wręcz banalna, by nie powiedzieć bananalna, gdyby nie dodatek czarnej galaretki i to na dodatek z puszki.  Gdy udało mi się taką galaretkę kupić w sklepie z żywnością azjatycką w Wólce czy na Marywilskiej czekałam na jakiś nietypowy i niebanalny dodatek owocowy. Podczas ostatniej wizyty w Wólce Kosowskiej miałam szczęście dostać bochenkowiec. 


To owoc czasem mylony z mitycznym, a może mitycznie pachnącym ( ? ) durianem. Ten owoc jest o wiele przyjemniejszym aromacie, ale również dość intensywnym. Chwilę po zakupie już pachniało nim w całym samochodzie, chociaż kawałek to był niewielki, zawinięty w dwie torebki i upchany w bagażniku z resztą zakupów. Jak podkreślę, nie jest to zapach nieprzyjemny. Ma ciekawą teksturę, można powiedzieć lekko chrupką, nie tak jak jabłko. Skórka wygląda jak skóra smoka, choć przecież nie wiem jak wygląda taka skóra. Tak ją sobie wyobrażałam jako dziecko i tak zostało. Zielono - brązowa z wypustkami. Kolor miąższu przyjemny dla oczu, a smak bardzo satysfakcjonujący. Szczególnie przypadł do gustu młodszej latorośli. Choć Wietnamczyk, który mi go sprzedawał skrzywił się i spytał czy ja to znam. Odpowiedziałam, że tak. I smakuje - zapytał. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą że tak. On pokiwał głową i powiedział że pn to tego nie lubi i jeszcze raz się skrzywił. Nie każdy jak czytacie podziwia mój entuzjazm. 


Czas zająć się deserem. Gdy nie dostaniecie nadobnego bochenkowca możecie zastąpić go np. bananem, mango, papają, melonem, borówką amerykańską czy innym ulubionym owocem. Pora przedstawić kolejnego bohatera, czyli czarną galaretkę grass jelly . Uwaga, galaretka ta jest prawie bez smaku, prawie bo jednak jakiś słaby wyczuwalny smak i zapach jednak ma. Co najważniejsze nabiera smaku w owym deserze. Smaku kokosowego zazwyczaj. Myślę, że można dodać zwykłej  galaretki owocowej, pokrojonej w kostkę. 



1/8 bochenkowca
1/2 galaretki grass jelly
2 łyżki cukru
ziarna białego sezamu ( opcja )
1 puszka mleka kokosowego

Miąższ bochenkowca pozbawiamy skóry i pestek i kroimy w kostkę. Galaretkę kroimy w kostkę podobną jak owoce. To poukładać w miseczkach. Cukier ( miałam palmowy ) rozpuścić w odrobinie gorącej wody i połączyć z mlekiem kokosowym. Tym zalać zawartość w salaterkach. Można posypać prażonymi nasionami sezamu. Można też dodać inne ulubione owoce czy orzechy. 



10 listopada 2016

Pizza na makaronie Pho z wołowiną.

Teraz już nie pamiętam, czy ktoś mi ten film pokazał, czy u kogoś go zobaczyłam. Pizza Pho. Znajoma z FB zrobiła pierwsza. Byłam strasznie ciekawa, czy danie to będzie smaczne. Trochę mnie zdziwił jeden składnik, a mianowicie sos hoisin. Nigdy wcześniej go nie używałam, choć o nim słyszałam. Kojarzył mi się z kuchnią chińską, nie wietnamską. A przecież PHO to danie wietnamskie, a sos hoisin chiński. Nie miałam zatem składnika, który wydawał mi się dziwny w tym daniu, ale jednocześnie chciałam sprawdzić jak smakuje to danie w wersji z internetu. Co ciekawe hoisin jest wskazany do doprawiania dań z wieprzowiny i drobiu, a nie wołowiny. Udało mi się kupić  ten sos oraz kiełki, niestety nie było w okolicy bazylii tajskiej.  Jalapeno  z przepisu zastąpiłam chilli, a oliwę z oliwek olejem rzepakowym. Pikantnego sosu czosnkowego nie miałam, więc dodałam czosnek przeciśnięty przez praskę. Danie jest dość smaczne, chociaż starszy syn stwierdził, że lepsze by było gdyby to wszystko wymieszać....


Składniki na 2 pizze
1/2 opakowania makaronu pho
2 jajka
1 łyżeczka czosnku w proszku
1 łyżeczka chilli w proszku
2 limonki
2 łyżki oleju rzepakowego
1 duży stek z rostbefu
2- 3 łyżki sosu hoisin
1-2 ząbki czosnku ( opcja )
1 czerwona cebula
1-2 papryczki chilli
1 duża garść kiełków fasoli mung
garść liści bazylii tajskiej lub bazylii
sriracha 


Przygotowujemy marynatę z soku z 1 limonki, chilli w proszku, czosnku w proszku i oleju rzepakowego. Dobrze gdyby mięso się przegryzło z 2 godziny lub dłużej. Można to zrobić umieszczając mięso w torebce foliowej w której wcześniej umieściliśmy składniki marynaty. Gotujemy makaron pho w lekko osolonej wodzie, odsączamy, przelewamy zimną wodą i studzimy. Następnie mieszamy z 2 roztrzepanymi wcześniej jajkami. Mieszamy dokładnie, dzielimy na 2 części. Smażymy na patelni dwa placki, po kolei.  Placki powinny być  lekko przypieczone i chrupiące. W tym czasie smażymy też stek, tak jak lubimy. Kroimy go po odpoczęciu na cienkie plasterki. Placki smarujemy sosem hoisin lub sosem hoisin z wciśniętymi ząbkami czosnku. Układamy plasterki cebuli pokrojone w cieniutkie krążki, plasterki wołowiny, kiełki fasoli mung, listki bazylii, plasterkami chilli lub skrapiamy srirachą. Można skropić jeszcze sokiem świeżo wyciśniętym z limonki.


15 października 2016

Saska Kępa z dużym smakiem. Viet Street Food Bistro.

đậu phụ chiên xù

Na Saskiej Kępie wylądował przepyszny wietnamski street food. Niektórzy już mogli spróbować ich dań podczas rożnych imprez food truck w Warszawie. Byli częstymi gośćmi m.in pod Stadionem Narodowym i na Nocnym Markecie. Serwowane z ich wozu przekąski i dania były smakowite ! Namawiałam właścicielkę, by zainstalowała się na Saskiej Kępie. Miałam w tym ukryty interes. Wreszcie bym miała świetną kuchnię wietnamską na wyciągniecie ręki. No prawie. W końcu z Grochowa mam tylko rzut beretem.  I stało się ! Bistro zostało otwarte właśnie tutaj, przy ulicy Królowej Aldony 5/2. To jeszcze jeden powód by odwiedzać Saską Kępę. 




Aromatyczna herbata jaśminowa na powitanie w taki szary i zimny dzień, to strzał w dziesiątkę.  Na zewnątrz bury dzień, a w środku przytulnie i ciepło. 


Oto karta menu. Tylko kilka pozycji, ładna grafika. Nic dodać nic ująć. Choć przyszliśmy z myślą o banh mi, czyli o kanapkach w stylu wietnamskim oraz banh gio które uwielbiamy, to nasz wybór padł na inne dania, zarówno te znane nam jak i zupełnie nieznane. Zupa pho bo- wiadomo, danie z podrobami oraz smażoną makrelę z dodatkami. 

pho bo

Nasza ukochana zupa PHO BO pojawiła się pierwsza. Klasyka kuchni wietnamskiej, bez której nie może się obyć mój starszy syn. To też nasza ulubiona zupa rodzinna. Dla tych co nigdy nie jedli, tłumaczę - to aromatyczny wietnamski rosół z makaronem pho z wołowiną ( lub innymi dodatkami jak kurczak czy pieczona kaczka ) i zieleniną wietnamską. Wołowina może być parzona, gotowana lub smażona. Nazwa zupy to nazwa makaronu z jakim jest podawana. Proponuję tym co nigdy nie jedli prawdziwej wietnamskiej kuchni, by swą przygodę z nią rozpoczęli od miski pełnej PHO. 


Danie z kurzymi żołądkami. Wybór męża. Bardzo smaczny wybór, choć ja nie przepadam za podrobami. Zwolennicy podrobów przybywajcie !

smażona makrela

Mój wybór dziś padł na smażoną makrelę. Byłam zaskoczona jej smakiem. Nigdy wcześniej nie jadłam smażonej makreli. Tylko wędzoną. Mama w czasach komuny często ją kupowała i przygotowywała świetną pastę. Dokonałam dziś odkrycia. Smak wędzonej makreli nie wynika z jej wędzenia, ona ma taki smak też smażona. Musicie koniecznie spróbować. Po wietnamsku oczywiście. 

kawa po wietnamsku

Kawa po wietnamsku. Kto nie próbował ten niech żałuje. To deser sam w sobie. Kawa przesączana przez specjalny filtr osiada na skondensowanym mleku na dnie szklanki. Taką kawę można pić na różne sposoby. Mieszać delikatnie, by kawa lekko się połączyła z mlekiem, nie mieszać, a na końcu wypić mleko. Albo pomieszać od razu. Jak tam kto woli, ale trzeba spróbować. 
Na końcu spróbowałam danie, które jest na zdjęciu na samej górze. Zasługiwało na trn zaszczyt! To đậu phụ chiên xù, czyli tofu w panko ( rodzaj panierki ) z domowym sosem z fasolką szparagową. Zaproponowane przez właścicielkę zaskoczyło mnie bardzo. Ucieszy ono szczególnie zwolenników wegetarianizmu, ale nie tylko. To jest przepyszne ! Tofu w tej postaci jest w stanie zadowolić każdego. Rozpływające się w ustach, niosące w sobie smaki, które chciałoby się powtórzyć, nawet zaraz po zjedzeniu. Tak samo jak wizytę tutaj. 



Banany w cieście po wietnamsku

Moja ulubiona słodka przekąska z barów wietnamskich. Niektórzy mówią  że to danie z ich czasów studenckich. No, ja chyba ich podczas studiów...

Wasze ulubione