Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia włoska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia włoska. Pokaż wszystkie posty

26 kwietnia 2020

Cantuccini z orzechami włoskimi



Izolacja związana z epidemią trwa. U mnie są dokupywane tylko podstawowe artykuły żywnościowe, jak chleb, masło czy makarony i kasze. Przyprawy i różne dodatki mam w domu i myślę gdzie by je wykorzystać. Jak szukałam wanilii to znalazłam trochę przyprawy piernikowej i kardamon. Zaraz znalazłam też sporo cynamonu. A miałam robić cantuccini, tylko zamiast pistacji czy czekolady dodać orzechów włoskich. Zapasy jeszcze z zeszłego roku. Świeżo łuskane. Pyszne z Nieczatowa. Dlatego pomyślałam, że skoro to i tak będą wyjątkowe ciasteczka można je jeszcze podkręcić przyprawą do piernika, cynamonem i kardamonem.
Przypominam że cantuccini vel biscotti to ciasteczka do kawy, herbaty czy słodkiego wina. Są twarde, bo dwukrotnie pieczone. Nie je się ich bez maczania, no chyba że ktoś jest masochistą albo lubi sobie łamać zęby. Bo ciasteczka są dość twarde.

250 g mąki pszennej
100 g cukru
25 g masła
2 jaja
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżki cukru waniliowego
1 łyżeczka przyprawy do piernika
1 czubata łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka mielonego kardamonu
szczypta soli
około 50 g orzechów włoskich

Odkrojony kawałek masła zostawiamy w temperaturze pokojowej, by był miękki. Mąkę przesiewamy i łączymy z proszkiem do pieczenia. Rozcieramy masło i dodajemy cukier, cukier waniliowy, mąkę z proszkiem, przyprawy i jajka. Gdy składniki są dobrze połączone dodajemy orzechy włoskie. Razem zagniatamy. Ciasto owinięte w folię wkładamy do lodówki na około pół godziny. 
Potem ciasto podzielić na 4 części o podobnej wielkości. Z każdej z nich formujemy wałeczek i układamy już gotowe na blasze wysłanej pergaminem do pieczenia. Pieczemy w temperaturze 180 stopni C przez 15 minut. Następnie trzeba je wyjąć i odstawić do wystudzenia. Jak już będą wystudzone trzeba je pokroić jak małe kromeczki chleba, ale nie za cienkie. Tak pokrojone układamy na blasze na papierze do pieczenia. Pieczemy około 10 minut w temperaturze 180 stopni C. Studzimy.
Tak przygotowane mogą być przez dłuższy czas przechowywane w szczelnie zamkniętym pojemniku.
 




29 marca 2020

Makaron z czerwoną cebulą duszoną w czerwonym winie z czarną cieciorką. Pasta con cipolla rossa e ceci neri

Ten cudowny makaron z czerwoną cebulą duszoną w czerwonym winie z cieciorką pierwszy raz skosztowałam na warsztatach kuchni włoskiej, które prowadziła nasza polska guru od zero waste Sylwia Majcher. Szłam na te warsztaty z przeświadczeniem, że już sporo wiem o kuchni włoskiej.  Sporo dowiedziałam się o tej kuchni  podczas pobytu kulinarnego w Toskanii. Często też gotuję w domu we włoskim stylu.  A to wszystko z  uwagi na uwielbienie od dziecka dla kultury włoskiej, języka i kuchni włoskiej. Zaczęło się oczywiście od piosenek. Za czasów przaśnej komuny te włoskie piosenki i filmy były powiewem innego świata. Najbardziej lubiłam włoskie filmy i ubrane ze smakiem kobiety. A języka zaczęłam sama się uczyć, choć chwyciłam same podstawy.  Pierwsze przepisy po włosku miałam z czasopisma dla kobiet po włosku. 
Ale wracam do warsztatu z Sylwią Majcher. Robiliśmy na nim też domowy makaron, focaccię i torta di limone. Ale największym zaskoczeniem był sos z czerwonej cebuli, tak nieoczywiście gotowanej z czerwonym winem i do tego ta cieciorka ! Co za połączenie ! Przymierzałam się do zrobienia go od kilku miesięcy. Gdy kupiłam jakiś czas temu czarną cieciorkę z Sycylii wiedziałam, że wyląduje w tym daniu. Ale czas leciał. Cieciorka leżała spokojnie w szafce. Aż przyszedł czas kwarantanny i zaczęłam wyciągać z szafki różne dziwne rzeczy. Znalazło się również czerwone domowe wino od moich rodziców. I ta cebula jako główny składnik ! Wiadomo. 
Jedynie czego nie dodałam to parmezan lub pecorino, bo nie miałam akurat ich w domu. Ale bez tego danie było wyśmienite. Muszę tylko ostrzec, że cebula zyskuje w tym daniu sporo słodyczy !



4 średnie czerwone cebule
1 szklanka czerwonego wina  
3/4 szklanki ugotowanej cieciorki
50 g oliwy z oliwek
50 g masła
sól morska do smaku
świeżo mielony czarny pieprz
parmezan lub pecorino 

Cebulę kroimy w piórka.  Smażymy krótko w mieszance oliwy z oliwek i masła ( od 5 do 10 minut ). Potem dodajemy czerwone wino i dusimy pół godziny. Wino odparuje, a sos się ładnie zredukuje. Po tym czasie dodajemy cieciorkę. Taką jaką mamy. Doprawiamy solą i czarnym pieprzem. Mieszamy z ugotowanym makaronem ( około 500 g. ). Posypujemy serem lub nie. 

17 listopada 2019

Torcik ziemniaczany z szynką parmeńską. Tortino di patate con Prosciutto di Parma





Torcik ziemniaczany, a właściwie w dosłownym tłumaczeniu ciasto ziemniaczane. Włoskie danie, świetne na wykorzystanie już ugotowanych ziemniaków. Chociaż ja gotowałam je specjalnie. Można powiedzieć, że to taka zapiekanka ziemniaczana, tyle że w kształcie koła. Stąd przyszedł mi do głowy torcik. W oryginalnym przepisie był dodatek sera stracchino, jednak go nie miałam, dodałam za to trochę śmietany i 2-3 plastry sera wędzonego, który zalegał w lodówce. To danie w zasadzie stanowi doskonały sposób na wykorzystanie różnych produktów, które mamy w lodówce, sera żółtego czy wędlin. Widziałam przepisy na to danie z mozzarellą czy szynką gotowaną.

1 kg ziemniaków
2 jaja
ok. 100 g parmezanu
gałka muszkatołowa
sól do smaku ( opcja )
świeżo zmielony czarny pieprz
około 100-120  g szynki parmeńskiej
2 łyżki śmietany ( opcja )
2-3 plastry sera wędzonego lub mozzarelli ( opcja ) 
1 łyżka bułki tartej
1 łyżka masła 

Ziemniaki ugotowane przecisnąć przez praskę. Połączyć ze startym parmezanem oraz jajkiem. Dodać gałkę muszkatołową, czarny pieprz i ewentualnie sól do smaku. Szynkę kroimy na cieniutkie plasterki. Małą tortownicę smarujemy lekko masłem, wykorzystując połowę łyżki masła. Połowę masy ziemniaczanej wykładamy na wysmarowaną tortownicę lub na papier do pieczenia ciasta. Na tą warstwę kładziemy plastry szynki. Można dodać warstwę śmietany, mozzarelli lub innego sera. Na to wykładamy następną warstwę ziemniaków. Wierzch posypujemy tartą bułką i kładziemy kawałeczki masła. Pieczemy 40 minut w temperaturze 180 stopni C. 



06 października 2019

Ostatnie warsztaty w Toskanii

Kto powiedział, że musiałam o tym co się działo w Toskanii opowiedzieć na szybko po przyjeździe ? Właśnie teraz, jak jest tak ponuro i zimno warto wspominać ciepłą by nie powiedzieć upalną Italię. I jej smaki pełne tamtejszego słońca. 


Zanim zabraliśmy się za pracę na warsztacie z Cristiną Catese pojechaliśmy na targ w Emploi. Tam stargany zarówno z jedzeniem, jak z odzieżą. Przyznam że po kilku dniach gotowania i smakowania Toskanii miałam ochotę zobaczyć również jakie ciuszki można kupić na miejscowym  targu. Było dość upalnie, a ja wzięłam ze sobą same spodnie. Miałam ich trochę dość. Tak, że zamiast latać po części z jedzeniem zwiedzałam inne rejony. I nie byłam w tym odosobniona. Co ciekawe kupiłam nawet sukienkę w ładnym niebieskim kolorze. W pasy. W końcu trafiłam na krótko na targ z jedzeniem, stąd kilka fotek z nimi.  Świeże ryby i owoce morza. Mnóstwo owoców i warzyw. I regionalne wędliny i sery. Sami popatrzcie.





Przyznam, że w przyrządzaniu owoców morza nie jestem zbyt mocna. Dlatego obróbka małży to była dla mnie nowość. Przyglądałam się trochę z boku, bo tym razem byłam w grupie, która robiła ciasta. Danie z małych i dużych małży smakowało wybornie, a ryba była bardzo delikatna. Do małży były podane gnocchi. Same były równie wyborne  z masłem i szałwią. To były już ostatnie warsztaty z Crisiną. Było sporo nauki i zabawy zarazem. I morze wina z miejscowej winiarni. 









Czy to nie są cudowne widoki ? Na miejscu, w naszej agroturystyce było bardzo ładnie. Lubiłam szczególnie podziwiać zachody słońca. Im bliżej było do wyjazdu tym bardziej działała na mnie tutejsza przyroda i aura. Tak jakbym miała na zapas się naoglądać, smakować i nawąchać. Nie wiadomo kiedy znów będę w Toskanii... 



Włoskie ciasto z figami i orzechami włoskimi




Kupiłam kilka fig, nie bardzo wiedząc co jeszcze z nimi zrobię. Zazwyczaj za każdym robię coś innego. Parę dni wcześniej widziałam na stronie z włoskimi daniami przepis na prosty placek z tego co można dostać jesienią. A jest tego mnóstwo. Jabłka, dynie, śliwki i wiele innych. A figi są raczej przybyszem z Włoch. Pamiętam jak w zeszłym roku we wrześniu w Toskanii mijałam rozłożone na zwykłych blaszkach figi do suszenia. Tak po prostu przy domostwach, na murkach. A czasem jakaś turlała się koło mnie. Choć przyznam, że tam we Włoszech figi smakowały trochę inaczej. Ale jeśli chcecie zaznać trochę Włoch warto zrobić takie ciasto. I dorzucić trzeba włoskich wszak orzechów.

4-5 fig
duża garść orzechów włoskich
100 g masła 
3 jajka
220 g mąki pszennej
8 g proszku do pieczenia
80 g cukru
2 łyżki cukru waniliowego
 

Masło roztopić w garnku i wystudzić. Należy przygotować figi i orzechy włoskie. Figi po umyciu i docięciu końcówki pokroić w cienkie plasterki.  Orzechy wyłuskać i pokroić z lekka. Jajka ubić razem z cukrem na białą masę. Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia. Do masy jajecznej dodawać stopniowo mąkę z proszkiem do pieczenia oraz roztopione przestudzone płynne masło. Blaszkę smarujemy masłem i posypujemy mąką. Wykładamy ciasto i na nim układamy figi oraz posypujemy orzechami włoskimi. Na koniec posypujemy cukrem waniliowym i wkładamy do piekarnika.  Pieczemy około 45-50 minut, w temperaturze 180 stopni C w termoobiegu. 


13 lutego 2019

Naleśniki z mąki kasztanowej. Tylko mąka i woda


Tylko mąka i woda. Proste, nie ? No i jeszcze trzeba je upiec na patelni. Jak ma się dobrą patelnię do naleśników, to pójdzie nawet bez dużej ilości tłuszczu. Ja trochę dodałam oleju rzepakowego do ciasta. Ręczna robota, bez miksera. A pieczenie poszło jak z płatka. Naleśniki wychodzą naturalnie lekko słodkie. Słodycz pochodzi oczywiście z mąki z kasztanów. Nie muszę chyba pisać, że moja mąka pochodzi akurat z Włoch. A przepis na te proste naleśniki znalazłam w książce o kuchni toskańskiej. To przysmak z Garfagnany. Włosi smażą je na oliwie. Typowym dodatkiem do takich naleśników jest ricotta lub ricotta zmieszana z małą ilością miodu. Z ilością miodu nie można przesadzać, gdyż jak już wcześniej wspomniałam naleśniki same w sobie są dość słodkie. Zatem trzeba uważać. Moje dzieci zamiast miodu dodały trochę syropu klonowego. Przyznam, że akurat od jakiegoś czasu jestem z przyczyn zdrowotnych na diecie bez pszenicy ( nie tylko ), stąd pomysły na takie dania. Mąkę kasztanową można dostać bez problemu w większych sklepach i marketach. Zazwyczaj jest w sklepach ze zdrową żywnością, w opakowaniach 0,5 kg. 



Składniki
mąka kasztanowa
woda
oliwa lub olej rzepakowy 

Dodatki
Ricotta
Miód


Mieszamy dokładnie mąkę kasztanową z  małą ilością wody. Konsystencja powinna przypominać  ciasto naleśnikowe. Smażymy na małej ilości tłuszczu. Ja dodałam trochę oleju rzepakowego do ciasta. Wylewamy na patelnię trochę więcej ciasta niż na tradycyjne naleśniki. Smażymy z obu stron. Podajemy gorące. Same lub z ricottą. 


13 listopada 2018

Ciasto z ricotty z regionu Garfagnana



Na warsztacie w Toskanii nie mogliśmy niestety zrobić tego niby serniczka z ricotty z regionu Garfagnana, gdyż piekarnik uległ awarii, a był on w planach. Przepis tak mi się spodobał, że postanowiłam po powrocie z Włoch go zrobić. Piszę niby serniczek, gdyż ricotta nie jest serem, powstaje z tego co zostaje po produkcji sera.  Kupiłam ricottę już w Warszawie, we włoskim sklepie. Gdy wieczorem wzięłam się za robienie ciasta okazało się że nie mam cukru. Ale miałam na szczęście miód. Stąd zmiana w oryginalnym przepisie. Dodałam bakalie oraz orzechy włoskie zamiast rodzynek. Te się gdzieś schowały. 





Składniki
500 gr ricotty
2 łyżki mąki pszennej
2 łyżki miodu
2 jaja
około 30 gr rodzynek
około 30 gr kandyzowanych owoców
garść orzechów włoskich 
3 łyżki masła
starta skórka z 1 cytryny
cukier puder ( opcja )


Rozdzielamy żółtka od białek. W dużej misce mieszamy ricottę, mąkę, miód, żółtka jajka oraz skórkę otartą z cytryny, najlepiej drewnianą łyżką. Aż do uzyskania jednolitej masy. Uprzednio namoczone i wystudzone rodzynki oraz pokrojone na małe kawałki owoce kandyzowane. Do masy dodajemy ubite na sztywno białka i delikatnie mieszamy. Masę wlewamy do foremki i pieczemy w temperaturze 180 stopni C przez około godzinę. Podajemy po przestudzeniu. Możemy wierzch posypać cukrem pudrem. Ja tego nie zrobiłam. 

01 listopada 2018

Jesienna toskańska zupa z dynią i czarną kapustą.



Jeszcze przed wyjazdem z Toskanii chciałam kupić cime di rapa na eksperymentowanie w Polsce, ale jak na złość nie było tego w sklepie. Była za to czarna toskańska kapusta. Jednak bałam się że po podróży do Polski autobusem, a potem pociągiem może stracić sporo na swojej atrakcyjności. Przed wyjazdem do Włoch przeczytałam książkę, może niezupełnie związaną z kuchnią włoską, ale dotyczącą starych, opuszczonych osad w Toskanii. " Miasta widma w Toskanii" Aleksandry Seghi. Co ciekawe było tam kilka ciekawych przepisów m.in. na toskańską zupę, ale w odsłonie jesiennej z dynią. Dostałam dynię Hokkaido od rodziców, należało jeszcze kupić czarną toskańską kapustę. Na szczęście pojawiła się w Gospodarstwie Majlertów. I tak mogłam ugotować tą zupę, która jak to  bywa z zupami włoskimi, wcale nie przypomina zupy. Jeśli nie uda się dostać czarnej kapusty toskańskiej można zastąpić ją jarmużem. 

Składniki
1 cebula
250 gr białej fasoli
1 mała dynia hokkaido 
2 garście liści czarnej kapusty ( lub jarmużu )
1- 2 ząbki czosnku
2 listki szałwii ( opcja )
kilka łyżek oliwy z oliwek
4 kromki chleba 
pasta z peperoncino ( opcja )

Fasolę namoczyć przez kilka godzin, a potem gotować w lekko osolonej wodzie, może być  z dodatkiem szałwii. Wody nie należy wylewać. Na oliwie przesmażamy drobno pokrojoną cebulę oraz czosnek, dusić około 5 minut. Dodajemy czarną kapustę, wcześniej pozbawioną grubych łodyg oraz dość drobno pokrojoną. Razem dusimy około 30 minut, pod przykryciem na małym ogniu. Można podlać kilkoma łyżkami wody z gotowania fasoli. Potem trzeba dodać resztę wody oraz pokrojoną w kostkę dynię. Gotujemy aż dynia będzie miękka. Potem można dodać do całości ugotowaną fasolę i chwilę pogotować razem, lub serwować ją oddzielnie. Chleb rumienimy na patelni na oliwie lub w tosterze. Na talerzu układamy chleb, zalewamy zupą, fasolą. Polewamy oliwą z oliwek. Serwujemy z pastą z peperoncino, jak ktoś lubi ostre dania. 


16 października 2018

San Gimignano i pizza party



Nie mogłam doczekać się Pizza Party. Wyobrażałam sobie, że spróbujemy kilka rodzajów pizzy, ale rzeczywistość przerosła moje wyobrażenia. Przyznam, że do tej pory myśl o tym wieczorze, pełnym przepysznych pizzy prosto z pieca powoduje u mnie gęsią skórkę. Od tej pory nie jadłam pizzy w Polsce, bo boję się że się rozczaruję smakiem. Ale zacznę od początku.




Po pysznym śniadaniu pojechaliśmy do średniowiecznego miasteczka San Gimignano. Po raz pierwszy poczułam się trochę jak w Rzymie. Mnóstwo turystów, za dużo turystów. Nasz wyjazd był bardziej nastawiony na kulinarne rozkosze podniebienia i małe, urokliwe miasteczka. Tak, to miasteczko jest bardzo urokliwe, tylko trochę rozdeptane przez przelewające się tam tłumy ludzi. W knajpach rozpuszczeni barmani podają byle co i byle jak. Nie muszą się starać, jak nie ten klient, to inny. Chciałam napić się zimnej kawy. To co dostałam było  niedobre w smaku i niechlujnie podane. W porównaniu do kaw w innych miejscach było to obrzydliwe. 



W sklepach i sklepikach ceny były z kosmosu. W miejscu polecanym jako najlepsze lody na świecie udało mi się je kupić bez kolejki. Smak śmietankowy ( dla porównania ) i smak śródziemnomorski z przewagą bazylii. Smaczne, nie powiem. Ale nie powalające. A może ja jestem zbyt wybredna ? 




Trochę ciszy i spokoju było tylko w kościele, gdzie znajdują się piękne freski. No cóż, to jest cena za piękne widoki.  





Po wycieczce wróciliśmy do agroturystyki. Dziś miało nie być warsztatu, tylko pizza party. Nie mogłam się doczekać. Przyjechali. Do dużego samochodu, który zajechał na teren agroturystyki była doczepiona przyczepka. A na niej był piec do pizzy ! 




Zaczęło się od zwykłej pizzy z rozmarynem, a potem już był korowód pizz w różnych smakach i  kolorach. 






Odkryłam mój ulubiony smak. To pizza z tuńczykiem, kaparami i oliwkami. Teraz koniecznie robiąc pizzę w domu muszę ją tak przygotować. 




Zaskoczeniem dla mnie była pizza z winogronami. Nie z takimi napuchniętymi, słodkimi ze sklepu. Ale z takimi prosto z krzaczka. Pizza z rozgniecionymi granatowymi winogronami winnymi, lekko posypana cukrem pudrem. Czy to nie jest poezja ? Tak uroczo rozmazane grona na pizzy ? Kwintesencja prostoty, Toskanii i Włoch ogólnie. 



Na koniec zaskoczenie. Cristina powiedziała, że to pizza rzymska. Nie uwierzycie. Sami musicie zobaczyć i domyślić się czym ona jest wysmarowana z wierzchu, zaraz po upieczeniu. Nie spróbowałam i nie żałuję. 


Te cudowne pizze zrobili dla nas Joasia i Tomek, którzy oprócz tego że organizują świetnie imprezy z wypiekiem pizzy u klienta, przygotowują teraz apartamenty w Toskanii na przyszły sezon turystyczny. Wino i śpiew. Oto strona gdzie możecie się zapoznać z ich pasją. 



12 października 2018

Crostini di fegatini. Grzanki z wątróbką.



Crostini di fegatini czyli grzanki z wątróbką na sposób toskański. Jadłam je po raz pierwszy  na powitalnej kolacji degustacyjnej w Toskanii. Postanowiłam je zrobić zaraz po powrocie do Polski. Tym bardziej, że specjalnie wiozłam z Włoch do Polski vin santo, czyli słodkie wino do gotowania. Można je dodawać do dań słonych, ale przede wszystkim do deserów. Danie to jest bardzo popularne w Toskanii. Można je podawać zarówno na ciepło, jak i na zimno. U mnie to było danie na ciepło. 


250 -300 gr wątróbki kurzej lub cielęcej
1 średnia cebula
50 gr kaparów 
2-3 anchois 
oliwa z oliwek 
około 3/4 szklanki vin santo
świeżo zmielony czarny pieprz
sól do smaku
bagietka


Umytą i osuszoną wątróbkę kroimy na części. Cebulę kroimy drobno. Na oliwie smażymy cebulę, aż się lekko zeszkli. Dodajemy następnie wątróbkę. Dusimy około 10 minut. Wlewamy vin santo. Razem dusimy około 20 minut na wolnym ogniu. Solimy do smaku i pieprzymy. Mielimy całość i dodajemy posiekane kapary oraz ugniecione anchois. Dokładnie mieszamy. Bagietkę kroimy na plasterki i smarujemy pastę. Pieczemy kilka minut w piekarniku. Można też upiec same kromki i potem posmarować je pastą. 


10 października 2018

Lari - tam gdzie robią tradycyjne makarony.



Makaron, najlepsza kawa mrożona na tym wyjeździe oraz drugie warsztaty z Cristiną. Tak mogę hasłowo podsumować ten pasjonujący dzień, który zaczął się jak zwykle od pysznego śniadania. A potem pojechaliśmy do małego, urokliwego miasteczka, gdzie mieliśmy zwiedzić małą, rodzinną fabryczkę makaronu. 



Po przekroczeniu bram miasta oczy cieszyły ładne widoki. Co ciekawe w takich miejscach nie rażą nas odrapane tynki, łuszcząca się farba na ścianach, świecące cegły w murze. Brzydota urasta do miana piękności. Ot drzwi wejściowe, z zawieszoną kotarą. Albo balkon w murze. A wszystko dookoła się sypie. 


Urokliwe zaułki, ciekawe okiennice, bramy, drzwi jak z bajki. Bajeczne kolory domów, jednak utrzymane w podobnej kolorystyce. Te kolory nie gryzą się z otoczeniem, tylko z nim współgrają. Pasują do otaczającej ich przyrody. 





Przed wejściem do fabryczki kłębił się spory tłum. W środku była jakaś wycieczka, a za nimi już czekała następna niemieckojęzyczna. W starożytnym mieście Lari powstała manufaktura makaronu, tworzonego powolnie, rzemieślniczo  z mąki durum. Maszyny w których robi się makaron mają już swoje lata, a część pracy jest wykonywana ręcznie. 


Jest tam robione 5 rodzajów makaronu, jeden z nich zakupiłam i przywiozłam do Polski. Rodzaje makaronu możecie zobaczyć na zdjęciu powyżej.







Można je kupić w pobliskiej kawiarni, gdzie serwują przepyszną kawę mrożoną. Była to, jak się potem okazało najlepsza kawa mrożona jaką udało mi się wypić podczas tego wyjazdu. Można rzec nawet, że najlepsza kawa. W sam raz słodka. Tutaj pani serwująca zapytała mnie czy chcę syrop przed zrobieniem kawy. 



W kawiarni jeden z klientów zauważył że robię ukradkiem zdjęcia innym klientom i zaczął mi pozować do zdjęcia. W kapeluszu i bez, uśmiechając się przy tym. Miał z tego niezły ubaw. 



Potem był czas na małe zwiedzanie miasta lub/ i wizytę w lodziarni. Wybrałam lody, gdyż pogoda tego dnia była bardzo upalna. Żar lał się z nieba i perspektywa wspinania się na mury miasta w górę nie była zbyt kusząca. Na szczęście dało się to trochę pogodzić i zobaczyć trochę miasta i zjeść lody. Tym razem to były figowe. Prawie wszyscy byli zachwyceni lodami włoskimi. Owszem dobre, ale jak dla mnie zbyt słodkie. 



Po powrocie mieliśmy chwilę dla siebie. To było fajne w tym wyjeździe, że mieliśmy czas na wypoczynek, oderwanie się od codziennych problemów, rozmowy z innymi uczestnikami, wspólne gotowanie i jedzenie. Gotowanie razem niosło ze sobą dużo radości, wspólnych żartów, tak że praca płynęła przyjemnej nawet podczas żmudnego obierania pomidorów ze skórki. 



Tym razem miałyśmy robić sałatkę chlebową panzanella. Znów czekały nas tony pomidorów do obierania, krojenia i pozbawiania flaczków, tzn. pestek. Pracy było co niemiara, a nasze danie znów miało być serwowane jako pierwsze. Postanowiłyśmy, że następnym razem będziemy robiły jakiś deser.  


A tak wyglądała nasza sałatka w świetle toskańskiego słońca ! Czyż nie jest piękna ! Dodam jeszcze, że bardzo smakowita. Pokochałam ją szczególnie za dodatek czerwonej cebuli. 



Była robiona zupa toskańska z fasolą. Ribolitta.  Zamiast czarnej toskańskiej kapusty było dodane cime di rape, o którym dzień wcześniej rozmawiałam z Cristiną i z którego to warzywa zrobiłam proste danie z makaronem, które Wam już opisałam ze szczegółami w poprzednim poście. Czarną kapustę toskańską widziałam w sklepie przed samym wyjazdem, ale nie kupiłam, bojąc się że nie sprosta trudom podróży. 





Na drugie danie była zrobione mięso na sposób Impruneta, podawane z grillowanymi warzywami, a na deser kulki miłości.  




Cristina oprócz wskazówek kulinarnych pokazywała nam, jak ładnie podać potrawy. Jak układać na talerzach, deskach, jak ozdabiać i doprawiać już gotowe potrawy na sposób włoski. Nie mogło tu zabraknąć oliwy i zielonych akcentów. 


Banany w cieście po wietnamsku

Moja ulubiona słodka przekąska z barów wietnamskich. Niektórzy mówią  że to danie z ich czasów studenckich. No, ja chyba ich podczas studiów...

Wasze ulubione