Facebook

Zakopane zza ławy.


Już pierwszy rzut oka na zdjęcie  i widać gdzie byłam. Zagnało mnie do Zakopanego, tym razem w celach służbowych. Grzechem byłoby nie sprawdzić przy okazji co tam dobrego proponują do zjedzenia. Już w pociągu poznałam miłe towarzystwo, które mi towarzyszyło w późniejszych kulinarnych wypadach i nie tylko kulinarnych. Na peronie naganiacze do kwater i taksówek. Ze zjawiskiem naganiactwa na dworcu po raz pierwszy i ostatni spotkałam się właśnie tutaj. Pociąg był koło 14, więc było mnóstwo czasu na smakowanie. Tym bardziej, że w ramach szkolenia nie zaproponowano  nam kolacji w pierwszym dniu po przyjeździe. Taka forma promocji regionu ? 


Na szczęście Krupówki były bardzo blisko, a tam całe spektrum lokali. Ale, ale czy to było rzeczywiście takie zatrzęsienie lokali jak kiedyś ? Parę lat temu było więcej lokali i to reprezentujących różne kuchnie. Teraz to raczej monotonia lokalnej kuchni regionalnej lub stylizowanej na regionalną. Że narzekam ? Że jak serce Tatr, to i kuchnia powinna być góralska. Zgadzam się, ale trochę tego za dużo. Większość restauracji wygląda tak samo, z zewnątrz drewniane okucia, w środku dość ciemno, królują  tam drewniane ławy lub drewniane krzesła.  Na ławach obowiązkowo chusta  góralska świeca, by rozświetlić panujący w środku mrok. Prawie w każdej kapela góralska gra na żywo, jak nie ma kapeli to sączy się muzyka góralska, a nawet coś w rodzaju disco - góral. Potem się dowiedziałam, że rzeczywiście część tych restauracji tworzyło swoistą sieciówkę, ale każda z nich miała przewrotnie inną nazwę. I w każdej kelner lub kelnerka w stroju góralskim. Ale, ale, kelnerzy to zupełnie inny temat. Pojawiło się też kilka popularnych sieciówek ubraniowych, kosmetycznych i fasfoodowych. Część jak mi się wydaje w miejsce dawnych lokali gastronomicznych.


Trafiłyśmy do pierwszej restauracji na Krupówkach " Kolorowa ". W środku trochę ciemno, ale można było dostrzec duże ławy. Widok na Krupówki całkiem niezły. Czym prędzej zapaliłyśmy świecę. Zrobiło się nastrojowo. Po menu skoczyłam sama. Dużo klientów i ubrane w góralskie stroje kelnerki nie nadążały z obsługą. Wybrałam barszcz góralski z wkładką. Byłam ciekawa tej wkładki. Barszcz okazał się smaczny, w sam raz kwaśny z kawałkiem wędzonego żeberka w środku ( 9 zł ). 


Hitem wszystkich restauracji w Zakopcu były ziemniaki pieczone w folii aluminiowej, podawane z masełkiem czosnkowym. Danie proste i mało pretensjonalne. Cena przystępna, choć 8 zł za jednego ziemniaka z kawałkiem masła smakowego nie jest też mała. Widziałam paczuszki z ziemniakami we wszystkich restauracjach w których byłam, jak również przez szyby w pozostałych. Potrawa ta była szczególnie eksponowana. Jakby wołała " weź mnie, na to przecież Cię stać ". 


Dziewczyny zamówiły kotleta z serem. Danie było całkiem, całkiem dobre. Dziwił tylko wierzch potrawy polany ketchupem. Zupełnie niepotrzebnie. Do tego oczywiście ziemniaki z folii aluminiowej. Czy tam nie dotarła wieść, że gotowanie w folii aluminiowej nie jest zbyt zdrowe ? Zabrakło niestety kapusty zasmażanej, bo wg kelnerki cieszy się dużym zainteresowaniem. Nam się udało dobrze zjeść. Inne koleżanki nie miały tyle szczęścia. Dość późno dotarły do jednej z góralskich restauracji z sieciówki i kelner je poinformował, że kuchnia już jest zamknięta jest po 22.  Co prawda do tej godziny brakowało kilku minut, a dziewczyny uparły się jednak by coś tam zjeść. I dostały podobno całkiem smaczne placki po węgiersku. Czyli dawny hit z Zakopanego z lat poprzednich.  Dostały potem coś jeszcze.  I nie było to przyjemne. 


Następną restauracją była " Owczarnia ". Menu mi się bardzo spodobało, bo był spory wybór dań z baraniny. A ja bardzo lubię baraninę. Miałam już kiedyś do czynienia z baraniną przyrządzaną na sposób góralski i byłam ciekawa czy coś na plus się w tej materii zmieniło. W oko wpadł mi SZNYCEL barani, serwowany z ziemniakami i zapiekaną kapustą. Zaczęłam dopytywać kelnera, czy to danie jest duże, bo nie miałam ochotę jeszcze na sałatkę z bundzem i bryndzą.  Młody kelner odpowiedział, że są dwie sztuki sznycla. Wyobraziłam sobie dwa wielkie sznycliska, wielkości co najmniej koła od roweru. Kelner z pobłażaniem dodał : " A co kotletów mielonych pani nie robiła ?" - " A co kotlety mielone mają do tego ?" - spytałam. " Bo te sznycle baranie to kotlety mielone ". I tu doszło do dość ciekawej wymiany zdań z kelnerem czym jest sznycel. Kelner wymienił znane mu rodzaje sznycli, zapamiętałam tylko sznycel z cebulką. Stanęło na tym, że dostanę dwa sznycle, będące w istocie kotletami mielonymi o " normalnej wielkości". Co okazało się prawdą. Kotlety dobre, choć jak dla mnie zbyt suche. Jestem przyzwyczajona do mięciutkiej baraniny, pieczonej 5-7 godzin w średniej temperaturze. Po tym rozpływa się w ustach. Zatem sposób przyrządzania baraniny nie zmienił się w górach za bardzo. Do tego kapusta zasmażana, co ciekawe ze słodkiej kapusty. Ale bardzo smaczna. 


Sałatka z bryndzą i bundzem smaczna, ale brak było spinającego ją sosu. Przy okazji tematu serów, wspomnę o targu pod Gubałówką. Mimo nagabujących sprzedawczyń serów wszelkiego rodzaju, pierwszego dnia nie skusiłam się na nic oprócz małego serka wędzonego. Miałam jeszcze w głowie ogromne uprzedzenie do sprzedawców oscypków w Zakopanem. Parę lat temu syn przywiózł z ferii zimowych sery, które kupił dla nas na pamiątkę. Wszystkie zepsute, mimo że kupił ostatniego dnia. Jak można kilkuletniemu dziecku wcisnąć śmierdzące sery ? Przez to nie odwiedzałam Zakopanego od kilku lat. Zawahałam się ostatniego dnia. Czy kupić jakieś sery ? W końcu kupiłam nie na targu, ale od młodej dziewczyny, w okolicach dworca. Spytałam ją o bundz, powiedziała że nie ma. Odradziła mi kupowanie bundzu w tym czasie, bo może być nieświeży. Przestrzegła przed nieuczciwością sprzedających na targu. Podają do spróbowania świeży, a klientowi już kroją z innego kawałka, który może już taki nie być. Historia rozczarowania nabytym serem się na szczęście nie zdarzyła. Sery były pyszne i świeże. A bryndza cudowna. 


Do kolejnej restauracji trafiłyśmy, bo był tam dansing. I tu kolejne rozmowy z kelnerami. To jest dobry moment, by o nich wspomnieć.  To najbardziej butny typ kelnerów, z jakimi miałam do czynienia. Bezczelni, kłótliwi i zawsze muszą być górą. Zasada " klient ma zawsze rację " jest odwrócona. Nie muszą się podlizywać klientowi, bo przecież klientów jest dużo. Jak nie ten, to inny. Przecież taki klient i tak musi gdzieś zjeść. A jak większość restauracji i tak stanowią powiązane sieciówki. Może taka jest przyczyna traktowania klienta z wyższością i takim jakimś pobłażaniem. Tak, pobłażanie to dobre słowo. 


Na drugi dzień mieliśmy dość nudne wyżywienie na szkoleniu, a wypad na Kasprowy nie wypalił, bo padało- trzeba było zrobić coś z wolnym czasem. Na Krupówkach oprócz knajp regionalnych są też miejsca, gdzie można zjeść dobre ciacho i napić się dobrej kawy lub grzanego wina. To drugi hit Zakopanego.  Grzane wino serwowane było w różnych miejscach, w różnych cenach i oczywiście całkowicie innej jakości. Jeżeli liczycie że grzane wino będzie dobre za 3 złote szklanka to chyba nie umiecie liczyć. Choć dużo chętnych było na taki tani trunek serwowany na ulicy. Spróbowałam z ciekawości. Z winem miało niewiele wspólnego, bardziej jak marny sok owocowy, zaprawiony alkoholem z cukrem. Mocno przesłodzony. Jak dla mnie nie do wypicia. W lokalach też serwowano grzane wino, w każdym smakowało inaczej. Najlepsze było w pierwszej restauracji. Ale i cena była odpowiednia ( 12 zł ).


Wieczorem po szkoleniu czekał nas wieczór z kapelą góralską oraz kolacja regionalna. Kapela góralska nie była już taką atrakcją, jak niegdyś gdy takich grup było niewiele. Teraz ich obecność w prawie każdej restauracji powoduje, że powszednieją. Ale ja zawsze lubiłam i lubię ten rodzaj muzyki. 


Kolacja regionalna składała się z dania głównego kawałka mięsa z cebulką i do tego oczywiście nasz hit, czyli ziemniaczek w folii aluminiowej. 


Były jeszcze moskole, ale za nimi nie przepadam. Poza tym tradycyjne przekąski i dość dobre serki wędzone.


Były też zabawy zbójnickie i dyskoteka.


Kolejny hit obok ziemniaków w folii i grzanego wina to były oczywiście oscypki smażone na grillu z żurawiną.  Takie danie na pożegnanie z Zakopanem. Całkiem smaczna przekąska. Słono-słodka, jak całe Zakopane....tak czy inaczej ludzie i tak będą tu przyjeżdżać, mimo lekkiego kiczu i smogu, bo to miejsce ma niepowtarzalny klimat i czar.


Ps. Po powrocie z ciekawości sprawdziłam definicję sznycla. Co ciekawe w kuchni regionalnej krakowskiej to oznacza kotlet mielony. 

Komentarze