Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

27 lipca 2019

Pamiątki z Białorusi




Wyjazd na Białoruś został zaplanowany spontanicznie, po ogłoszeniu decyzji że na Igrzyska Europejskie można wjechać bez wizy. Decyzja o zakupie biletów uprawiających do wjazdu na Białoruś bez wizy zapadła bezzwłocznie. Przecież zawsze można ponieść takie niewielkie koszty ( 24 ruble białoruskie ), nawet gdyby chciało się zrezygnować. Miałam nawet chwilę wahania. Mówili że tam panuje niesłychany reżim, pełno policji na drogach, kontrole, restrykcje. A poza tym to skansen Europy. Spodziewałam się wyłącznie obrazków, jakie pamiętam z lat 80 tych z Polski, starych domów, podłego stanu ulic i jeszcze Bóg wie czego. Wątpliwości miałam jeszcze na granicy, chociaż po okazaniu biletu na sportowe igrzyska skierowano na  zupełnie inny pas obsługi. Przestraszyła nieco korpulentna pani, która zażądała dokumentu dotyczącego samochodu, jakim wjeżdżaliśmy. Już widziałam kłopoty, ale pani powiedziała że ten dokument można zaraz wypełnić. I pani jeszcze pomogła to zrobić. Pierwszy szok, to szerokie, bardzo dobre drogi. Drugi to że było czysto. Trzecie zdziwienie to pierwsza stacja paliw, która niewiele różniła się od naszych. Ale pomyślałam, że to może taka stacja zaraz po przekroczeniu granicy i jest inna. Nie. Każda kolejna była ok. Czyste toalety ( oprócz takich przy parkingach), różne przekąski, różne rodzaje kawy ( i to całkiem smacznej ), gadżety białoruskie i te związane z igrzyskami sportowymi. Te można było kupić w wielu miejscach. 



Kolejne zdziwienie wywołały dyskonty i supermarkety podobne jak w Polsce. Tego się nie spodziewałam. Były i sklepy typu naszego dawnego GS w małych miejscowościach, gdzie można było kupić podstawowe produkty spożywcze i nie tylko. Zanim wyjechałam czytałam co warto przywieźć z Białorusi, oprócz oczywiście dobrego alkoholu typu Starka. Kwas chlebowy jasny i ciemny. Dystrybutory stały na ulicach, jak niegdyś u nas saturatory. Najlepszy kwas piliśmy w skansenie pod Mińskiem. Niezły był też ten z jednej cerkwi w Mohylewie. Tam też kupiłam olejek pachnący, jak perfumy. 


Świetny chleb ciemny, ale nie taki słodki jak na Litwie. Sało i całkiem dobre wędliny. W Grodnie jeden mieszkaniec pokazał nam sklep, gdzie można kupić wędliny z jednego z kołchozów pod miastem. Przed wyjazdem sporo czytałam o tym co warto jeszcze przywieźć i zwróciłam uwagę na białoruską markę odzieżową Marc Formell. Ciuchy całkiem fajne, ale nie na mój rozmiar, ale za to kupiłam kilka par skarpetek dla chłopaków  w ciekawe wzory i kolory. W jednym ze sklepów w Grodnie kupiliśmy fajne skarpetki w czołgi. W innych sklepach z bielizną i ciuchami królowała też co ciekawe polska marka, która produkuje bieliznę oraz skarpetki, a w Polsce jej nie widuję. Na forach internetowych zachwalano piękne wyroby lniane. Nabrałam ochoty na lnianą koszulę z haftami. Niestety w kilu miejscach przymierzałam i nie znalazłam na siebie rozmiaru. Większość oferowanych ubrań jest w małych rozmiarach. Dopiero w dniu wyjazdu w Kobryniu znalazłam ładną bluzkę z haftem  w odpowiednim rozmiarze, ale nie lnianą. W Pińsku kupiłam fajną bluzkę przedsiębiorstwa  „Polesie „ o firmie dokładnie takiej, jaką  tu literalnie zapisałam.


W skansenie pod Mińskiem kupiłam laleczkę szmacianą w stroju z haftami, która jest tak umiejętnie uszyta, że może być panną i kobietką zamężną. Pani która je sprzedawała sama je szyła. W skansenie można było też zjeść całkiem nieźle i kupić samogon, m.in  świetną chrzanówkę. Próbowałam różnych smaków. Jedzenie też było bardzo dobre. W wolnej chwili jeszcze napiszę o tym skansenie. Na zdjęciu poniżej przemiły kelner, który był duszą tej karczmy. 


Ja najbardziej lubię jednak pamiątki jadalne albo związane z kuchnią. Dlatego kupowałam namiętnie zefirki, słodycze wyglądające jak beziki, które bezikami nie są. Są one robione z jabłek. Ci co spróbowali zefirków są nimi zazwyczaj zachwyceni. Chociaż ja po spróbowaniu pierwszych z Litwy  nie byłam zachwycona. Były dość twarde i myślałam że to bezy. Kolejne spróbowane na warsztacie kuchni białoruskiej mnie zachwyciły. Ale tam to były domowe i był w nich mocno wyczuwalny smak jabłek. Dziwię się że jeszcze plantatorzy jabłek nie wpadli, by zacząć  produkować zefirki w Polsce. Przed wyjazdem kupiłam mnóstwo opakowań zefirków o różnych smakach, żurawinowych, obsypane macą czy też klasyczne. Żałuję, że nie kupiłam tych nadzianych śliwką, a już prawie były w koszyku. Na zdjęciu pierwsze jakie kupiłam w sklepie wiejskim koło pięknej murowanej cerkwi. 



Na targu w Kareliczach kupiłam żółte maliny, jakich wcześniej nie jadłam i bardzo duże czosnki. Jak poszperałam w sieci to okazało się że to czosnek słoniowaty. Choć pan mówił, że dziki. Co ciekawe, najpierw kupiliśmy 3 sztuki, ale potem wysłałam męża po wszystkie. Ledwo zdążył, bo miejscowe kobiety już się nim zainteresowały. 


Warto kupić na Białorusi ceramikę, która jest tańsza niż w Polsce. A ma ciekawe wzory. W Lidzie kupiłam ładną miskę, którą wykorzystałam w Brześciu do zrobienia sałatki przed wyjazdem z Polski. Mieliśmy śmietanę i kiełbasę, której nie można przewieźć przez granicę. Na Białorusi warto spróbować białego sera, masła, śmietany, kefiru i riezanki. Żółte sery miejscowi odradzali, bo lepsze polskie. Rzeczywiście dużo serów żółtych było polskich. Dobre są kiełbasy suszone i oczywiście sało. Ale trzeba tym nasycić się na miejscu. 



Za to w Nowogródku kupiłam naczynia do zapiekania, podobne jak na zdjęciu poniżej. Co ciekawe były w zwykłym kiosku i zrobiono je na Ukrainie. 


Jeszcze w Grodnie, na zamku mój mąż wypatrzył dla mnie książkę o kuchni białoruskiej. Jest po białorusku, ale czytam bez problemu. Fajne opisy dań i ich pochodzenia oraz przepisy. Takie pamiątki bardzo lubię. 




19 kwietnia 2019

Ziemniaki do poczytania




Ziemniaki do poczytania. Jak najbardziej. W dzieciństwie najbardziej lubiłam jeść ziemniaki z wiejską, tłustą śmietaną z gospodarstwa mojej babci. Nie przepadałam podobno za mięsem. Dlatego ziemniaki lubię, najlepiej przerobione na różne sposoby. Robiłam ostatnio pierogi z ugotowanych ziemniaków, a potem pierogi przezroczyste z mąki ziemniaczanej. Zatem na spotkanie z Joasią Jakubiuk, autorką książki "Ziemniak "udałam się do Konesera na targ rolny. 




Można było kupić kilka fajnych produktów regionalnych, sery, wędliny, miody i potrawy na Wielkanoc.  Było też stoisko mojego ulubionego " Oleju Żywego", gdzie można było kupić octy, oleje, zioła z Grecji i spróbować pesto z czosnku niedźwiedziego. 


Autorka książki zrobiła fajną wiosenną sałatkę z ziemniakiem w roli głównej. Z ogórkiem, rzodkiewką oraz czosnkiem niedźwiedzim.  Wyrazista w smaku i świeża zarazem. Świetny pomysł na Wielkanocne śniadanie. 


14 kwietnia 2019

O wieczerzy paschalnej


Na warsztaty pesachowe namawiała mnie koleżanka z pracy. Namawiała, aż namówiła. Napisałam wcześniej do organizatorów, czy warsztat jest również dla osób spoza społeczności żydowskiej i zostałam poinformowana że jak najbardziej. Warsztaty miała prowadzić Malka Kafka, właścicielka sieci restauracji Tel Aviv Urban Food, pasjonatka smacznego jedzenia i wolności. Już kiedyś byłam na jej pokazie robienia hummusu i to był dodatkowy wabik. Gdyż mój przepis na hummus jest oparty na wskazówkach Malki. Warsztaty pod tytułem " Jedzenie, które nas wyzwala " miały się  odbyć w Wielką Środę  i miały dotyczyć świętowania Paschy ( Pesach ).  
A wszak Jezus, jako Żyd praktykujący obchodził Paschę. Polecam książkę Brata Efraima  " Jezus Żyd praktykujący ". Miałam ochotę zgłębić ten temat bardziej. I tak we dwie z koleżanką udałyśmy się w wieczór środowy na warsztaty w JCC Warszawa. 


Na warsztacie mieliśmy robić bulion, zielone knedelki macowe, gulasz z grzybów leśnych ze smażoną macą i charoset z winem musującym. Zupełnie nie wiedziałam co to jest charoset, pozostałe dania raczej mi były znane, przynajmniej ze słyszenia. 




Bulion był wegańskim odpowiednikiem złotego żydowskiego rosołu. Malka pokazała tajemnicę złotego koloru rosołu. Dla kogo, jak dla kogo, ale tajemnica dotycząca opiekania cebuli nad ogniem dla mnie nie była odkryciem. Robię tak  robiąc rosół ( i inne zupy też czasami ) od kiedy pamiętam. Prawidłowego i najbardziej dla mnie optymalnego smaku, zapachu i koloru rosołu bez tego zabiegu nie da się osiągnąć. 


Maca to podstawa kilku dań. Świetne knedelki do złotego rosołu czy smażone płaty macy. 




Do rosołu trzeba było przygotować kulki macowe. Rozkruszenie dobrej jakości macy to początek. Cierpliwe lepione, idealnie okrągłe knedle macowe. Miały wylądować w złotym rosole. 


Na przekąskę były smażone mace w panierce z..... mąki z macy. Jest to świetna przekąska. Mi najbardziej smakowały mace smażone z dodatkiem suszonego tymianku. 





Gęsty, zawiesisty gulasz z leśnych grzybów smaczny, choć dla mnie zbyt grzybowy. Dla mnie grzyby są raczej dodatkiem niż głównym składnikiem dania. No, ale jest to wegańska alternatywa dla gulaszu. 


Największym odkryciem był oczywiście charoset, który zamierzam w końcu zrobić. Z jabłek bakalii i białego wina musującego. Mam zamiar zrobić go podczas Świąt Wielkiej Nocy. 


10 marca 2019

Wegańskie słodycze z Savory or Sweet



Przyznam zrobiłam kilka zdjęć na tym warsztacie, ale jakoś mi zbytnio nie wyszły. Może dlatego, że byłam dość zajęta robieniem różnych słodyczy i to wegańskich na dodatek.  To były takie odpowiedniki wegańskie znanych słodyczy z rynku, jakie zazwyczaj są nafaszerowane niezdrowymi tłuszczami ( wiadomo o jaki olej mi chodzi ), syropami glukozowo- fruktozowymi,  toną cukru i różnych wypełniaczy i wynalazków.  Warsztat był prowadzony przez młodą, uroczą dziewczynę Karolinę Gawrońską, autorkę książki " Wegańskie słodycze " , bloga " Savory or sweet " oraz kanału na YT. Uważa, że znane ze sklepowych półek słodycze można przygotować w domu. Równie smaczne, ale z naturalnych składników oraz bez glutenu.  

Monti w trakcie robienia.
Najpierw robiłyśmy z koleżanką tłiksy, a potem deser monti. Części pracy nad innymi słodyczami nie zaobserwowałam, bo byłam zajęta robieniem swoich słodyczy. 


Pastylki miętowe jeszcze przed oblaniem czekoladą


Majkelki w trakcie oblewania czekoladą

Oblewane czekoladą słodyczy
Pod czujnym okiem prowadzącej udało nam się zrobić kilka fajnych słodyczy. Chyba najbardziej mi smakowało monti i pastylki miętowe. Co ciekawe nie przepadam za oryginalnymi pastylkami miętowymi, a te były naprawdę  pyszne. A odpowiednik monte bardzo smakowity. Lekko zmodyfikowany, przez co mniej słodki. 

20 lutego 2019

Pikkujoulu w Warszawie


Od jakiegoś czasu jestem zafascynowana północą. Zimnem i niedostępnością natury. Jej surowością i pięknem. Chciałabym odwiedzić kraje skandynawskie lub północną Rosję. Na razie to tylko takie przymiarki. Jak usłyszałam o spotkaniu przedświątecznym PIKKUJOULU, jakie jest typowe dla Finlandii to od razu wiedziałam, że muszę się tam udać. Miejsce to lubię i od czasu do czasu wybieram się tam na jakieś imprezy. Już wiecie ? Domy fińskie na Jazdowie. Część z Was pamięta zapewne akcję, gdy chcieli je zlikwidować i zapewne pobudować tam jakieś koszmarne osiedle, czy coś równie banalnego. Na szczęście udało się je uratować. Są już częścią historii Warszawy. A tu taka gratka się nadarzyła imprezka fińska w fińskich domkach. To nie mogło się nie udać.  


Na początku członkowie Towarzystwa Polska-Finlandia ćwiczyli kolędy, jakie mieli wykonywać na spotkaniu. Zupełnie inne kolędy niż nasze. Dostałam szklaneczka glögi, by ocenić czy jest w sam raz słodki. To napój z grzanego wina z miodem, przyprawami, czasem wzmocniony mocnym alkoholem.




Przyznam, że najbardziej na spotkanie zwabiła mnie możliwość spróbowania karelskich pierogów. KARJALANPIIRAKKA. To pieczone pierogi otwarte, z mąki pszenno- żytniej z nadzieniem z gotowanego ryżu lub puree ziemniaczanego.Najlepsze wg. przygotowujących je na ciepło. Smak intrygujący.Smakowały mi na ciepło i na zimno. 

Widziałam je już w jednym programie kulinarnym, a potem o nich czytałam w książce mojej koleżanki Magdaleny Tomaszewskiej-Bolałek " Tradycje kulinarne Finlandii ". 
Na zdjęciu powyżej jest dodatek do pierogów, czyli jajka ugotowane, siekane i wymieszane z jajkiem ( munavoi ). Co ciekawe, u mnie w domu rodzinnym moja mama kiedyś robiła taką pastę do chleba. Czasem dodawała natkę pietruszki, a czasem szczypiorek, zależy co było dostępne. 





Za to sałatkę ROSOLLI ( na zdjęciu poniżej ) znam, robiłam i nawet opisałam kiedyś na blogu. Jest nieco podobna do naszej sałatki jarzynowej. Są jednak pewne różnice. Jeśli chcecie przepis  na tą smakowitą sałatkę to zapraszam tutaj.



Oddzielnie był serwowany sos bazie jogurtu i soku z buraków. 



PORKKANALAATIKKO, to zapiekanka z ugotowanego ryżu, jajek, masła i marchewki. 





Bardzo smaczna była tradycyjnie przygotowywana szynka JOULUKINKKU, doprawiona goździkami i musztardą i pieczona w niskiej temperaturze przez kilka godzin. 


Oczywiście nie obyło się bez pierniczków. 



Synowi najbardziej smakowały mięsne kuleczki, czyli lihapullat.




Joulutorttu, to ciasteczka świąteczna tarta w kształcie wiatraka, Wypełnione dżemem śliwkowym, posypane cukrem pudrem. 


Było bardzo przyjemnie i smacznie. Przymierzam się do zrobienia karelskich pierogów. Muszę koniecznie zrobić klopsiki, bo bardzo smakowały mojemu małemu synkowi. Ja za to jestem fanką Muminków, a one zamieszkują jak wiecie Finlandię ;) 








01 listopada 2018

Jesienna toskańska zupa z dynią i czarną kapustą.



Jeszcze przed wyjazdem z Toskanii chciałam kupić cime di rapa na eksperymentowanie w Polsce, ale jak na złość nie było tego w sklepie. Była za to czarna toskańska kapusta. Jednak bałam się że po podróży do Polski autobusem, a potem pociągiem może stracić sporo na swojej atrakcyjności. Przed wyjazdem do Włoch przeczytałam książkę, może niezupełnie związaną z kuchnią włoską, ale dotyczącą starych, opuszczonych osad w Toskanii. " Miasta widma w Toskanii" Aleksandry Seghi. Co ciekawe było tam kilka ciekawych przepisów m.in. na toskańską zupę, ale w odsłonie jesiennej z dynią. Dostałam dynię Hokkaido od rodziców, należało jeszcze kupić czarną toskańską kapustę. Na szczęście pojawiła się w Gospodarstwie Majlertów. I tak mogłam ugotować tą zupę, która jak to  bywa z zupami włoskimi, wcale nie przypomina zupy. Jeśli nie uda się dostać czarnej kapusty toskańskiej można zastąpić ją jarmużem. 

Składniki
1 cebula
250 gr białej fasoli
1 mała dynia hokkaido 
2 garście liści czarnej kapusty ( lub jarmużu )
1- 2 ząbki czosnku
2 listki szałwii ( opcja )
kilka łyżek oliwy z oliwek
4 kromki chleba 
pasta z peperoncino ( opcja )

Fasolę namoczyć przez kilka godzin, a potem gotować w lekko osolonej wodzie, może być  z dodatkiem szałwii. Wody nie należy wylewać. Na oliwie przesmażamy drobno pokrojoną cebulę oraz czosnek, dusić około 5 minut. Dodajemy czarną kapustę, wcześniej pozbawioną grubych łodyg oraz dość drobno pokrojoną. Razem dusimy około 30 minut, pod przykryciem na małym ogniu. Można podlać kilkoma łyżkami wody z gotowania fasoli. Potem trzeba dodać resztę wody oraz pokrojoną w kostkę dynię. Gotujemy aż dynia będzie miękka. Potem można dodać do całości ugotowaną fasolę i chwilę pogotować razem, lub serwować ją oddzielnie. Chleb rumienimy na patelni na oliwie lub w tosterze. Na talerzu układamy chleb, zalewamy zupą, fasolą. Polewamy oliwą z oliwek. Serwujemy z pastą z peperoncino, jak ktoś lubi ostre dania. 


Banany w cieście po wietnamsku

Moja ulubiona słodka przekąska z barów wietnamskich. Niektórzy mówią  że to danie z ich czasów studenckich. No, ja chyba ich podczas studiów...

Wasze ulubione