Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

09 maja 2020

Pampuszki. Czosnkowe bułeczki.



Zrobiłam pampuszki do barszczu z kimchi z buraka. Chodziło to za mną od dawna. I tak przeglądając z okazji przeprowadzki moje książki kucharskie, a mam ich mnóstwo, znalazłam " Mamuszkę " Olii Hercules. Zaczęłam przeglądać książkę i znalazłam " ukraińskie bułki czosnkowe", nazwa ukraińska " pampuszky ", czyli pampuszki. Moje bułeczki są zrobione wg. tego przepisu.
Przypomniała mi się moja druga wizyta we Lwowie. Tam na pierwsze śniadanie w restauracji przy Operze podali nam barszczyk z takim pampuszkiem z zielonym czosnkiem na wierzchu. A może to było na kolację ? Bardzo podobała mi się tamta koncepcja ciepłych dań na śniadanie, obiad i kolację. Potem już nigdzie takich nie jadłam, chociaż szukałam w różnych miejscach.  Nawet podczas mojej kolejnej trzeciej wyprawy do Lwowa nie udało mi się nigdzie dostać. 

Ważnym dodatkiem, który właściwie tworzy to danie i nadaje mu główny smak jest ukraiński olej słonecznikowy nierafinowany. Przywiozłam taki z Ukrainy. Pachnie wspaniale słonecznikiem ! Nasze oleje słonecznikowe są jakby wyprane ze smaku. 
W przepisie był dodatek czosnku z pietruszką, ja jednak dałam czosnek niedźwiedzi. 

400 g mąki chlebowej
15 g świeżych lub 7 g suszonych drożdży
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka soli
225 ml ciepłej wody
3 łyżki oleju słonecznikowego
1 jajo 
7-8 liści czosnku niedźwiedziego 
lub 20 g czosnku i pół pęczka natki pietruszki 

Zaczyn przygotowujemy z drożdży, cukru, ciepłej wody oraz połowy ilości drożdży. Mieszamy i po chwili odstawiamy w misce do lodówki. Najlepiej użyć większej miski i przykryć ją folią spożywczą. 

Nazajutrz należy do zaczynu dodać resztę przesianej mąki oraz sól i zagnieść ciasto. Powinno być jednolite i odchodzić od palców. Dodam że robot kuchenny jest jak najbardziej wskazany.  Dzielimy ciasto na 8 jednakowych części. Układamy najlepiej w okrągłej formie wcześniej lekko natłuszczonej. U mnie się przydał garnek żeliwny z Ikei. Trzeba odstawić w ciepłe miejsce do wyrośnięcia. Bułeczki powinny się połączyć i zwiększyć objętość.
W międzyczasie drobno kroimy czosnek niedźwiedzi, lekko solimy i dodajemy olej słonecznikowy. To można przygotować również wcześniej, by olej wchłonął aromaty. W przypadku gdy nie mamy czosnku niedźwiedziego dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę oraz drobno pokrojoną natkę pietruszki. 
Gdy ciasto jest gotowe wkładamy je do piekarnika, wcześniej smarując po wierzchu rozbełtanym jajkiem. Pieczemy około 25 minut w temperaturze 220 stopni C. Skórka powinna być złocista i lśniąca. Po wyjęciu z piekarnika smarujemy aromatyzowanym olejem. Podajemy natychmiast.  
Świetne do barszczyku czerwonego. Same równie pyszne !



10 marca 2020

Kuchnia żydowska w Łodzi




16 lutego 2020 roku  byłam na wycieczce do Łodzi, tropami judaiców łódzkich. Odwiedziliśmy cmentarz żydowski oraz miejsce skąd odchodziły z getta transporty więźniów do obozów zagłady. Potem jeszcze rzut oka na Piotrkowską i pojechaliśmy na warsztaty kuchni żydowskiej . Oprowadzała nas cudowna przewodniczka Anna Maksymowicz, posiadająca mnóstwo wiedzy i potrafiąca to świetnie przekazać. Poprowadziła również warsztaty kulinarne. 
Zanim przystąpiliśmy do pracy dostaliśmy talerz gorącej Szlaj zupy. Zupa o kolorze szlamu, stąd nazwa. Żydzi w Stanach Zjednoczonych uważają ją za swój wynalazek, chociaż to polski krupnik. Ja kiedyś usłyszałam teorię, że tak kuchnia żydowska z Polski to tak naprawdę zamrożona kuchnia staropolska. Tylko polska kuchnia ewaluowała i zatraciła swój pierwotny charakter, a Żydzi kultywując tradycję utrzymali ją w stanie mało zmienionym. Ale jest to jedna z teorii. Szlajma miała delikatny słodki smak, który został uzyskany dzięki dodaniu pasternaku.


Na początku zrobiliśmy chałkę z już gotowego ciasta. Spośród wielu wzorów wybrałam ten na czasie. Winogrona. Niedawno było święto żydowskie drzew. I motyw winogron wpisuje się w nie znakomicie. Muszę przyznać, że moje dwie chałki wyszły znakomicie.

Regulach. Niedawno na grupie polonijnej, gdzie się rozmawia o polskim jedzeniu zobaczyłam podobno tradycyjne polskie danie o nazwie „ regulach „. Z wyglądu przypominało mi rogaliki, więc pomyślałam, że to taka zamerykanizowana nazwa rogalików. Moja mama robi takie z nadzeniem ze swoich powideł. I na tych warsztatach dowiedziałam się że to danie żydowskie. Nadzienie jest z mieszanki kakao, cynamonu, cukru i orzechów włoskich. Sekret jednak tkwi w cieście, które jest z dodatkiem białego sera, przez co jest bardzo delikatne.


Najdziwniejszym daniem był kugiel. Kiedyś jadłam w restauracji „ Tejsza” w Tykocinie danie o tej nazwie i była to babka ziemniaczana, ale uwaga z mięsem kurczaka.  Ze wszystkich znanych mi wersji babki ziemniaczanej , ta smakowała mi najmniej. I tak zapamiętałam kugiel. Tu dowiedziałam się że kugiel może być ziemniaczany lub makaronowy, ale musi mieć okrągły kształt. Według naszej przewodniczki jest to potrawa wspólna Żydów w XIX wieku. My robiliśmy wersję makaronową na słodko. Danie jak danie, dla mnie nic specjalnego. 


Zrobiliśmy też prostą wersję czulentu. Ten moment jest jeszcze przed dodaniem koncentratu pomidorowego oraz ugotowanej czerwonej fasoli. Mój pierwszy czulent jadłam podczas pobytu na Krakowskim Kazimierzu z moją koleżanką Agnieszką i jej mężem. 



Robiliśmy jeszcze żydowski tatar z wątróbki oczywiście. To potrawa znana mi od dawna. Tutaj była w wersji dość prostej, wątróbka, jajka, szczypiorek i olej rzepakowy. Moja wersja jest z dodatkiem gęsiego tłuszczu. Żydowski tatar. 

 A na koniec zdjęcie uroczych  regulachów, czyli rogaliki już upieczone. 


28 października 2019

Czekaj na mnie przy kalarepkach



Wczoraj na polu u Majlertów działy się rzeczy przedziwne. Mnóstwo ludzi przyjechało na zaproszenie gospodarzy na „ wyczyszczenie pola „ z warzyw. Choć byliśmy prawie od początku, na polu już zastaliśmy mnóstwo osób buszujących na polu. A część leniwie przechadzała się s między stołami pełnymi pyszności. Czego tam nie było. Gospodarze zapewnili pyszną zupę dyniową, całkiem pikantną. Były kiełbaski z ogromnego rusztu. Ktoś przyniósł herbatkę z żółtlicy i kombuchę w butelkach. Ogrom ciast dyniowych i marchewkowych, wegańskie pasty, foccacia i pizza nawet była. 
 

Rzuciłam się na mangold w pięknych kolorach. Potem oczami wyobraźni zobaczyłam kalarepkę faszerowaną już w piekarniku. Na razie była na polu do zebrania. Potem jeszcze skromna endywia, kilka gałązek brunatnego w kolorze musztardowca. Trochę kolendry z kwiatami. Kwiaty wszak są jadalne. Trochę listków małego szpinaku i kilka listków jarmużu toskańskiego. Jurek, mój młodszy syn przydźwigał mi z pola niebieską dynię i  to zupełnie dobrą. 



Po tym zbieraniu zjedliśmy trochę pyszności. Po trochu każdego, by spróbować różnych smaków. Spotkałam koleżankę, która miała w koszyku parę listków pachnotki fioletowej. Okazało się, że pachnotki są w tunelu szklarniowym. Ten przeoczyłam. Syn pobiegł do tunelu, jak to potem powiedział znaleźć mi te pachnotki. Obok były też pak choi. Jak towarzystwo szabrownicze udawało się na spacer z Panem Majlertem już wychodziliśmy, bardzo zadowoleni i niemożebnie umorusani. 

 I jak już wracaliśmy do samochodu doleciał do mnie tekst małej dziewczynki do chłopczyka „ Czekaj na mnie przy kalarepkach „. Dzięki takiemu zdarzeniu dzieci poznają warzywa. Nie na rysunkach w książce. A ludzie poznają różne egzotyczne warzywa. Nie zliczę pytań innych osób o to co zbieram akurat, czy co robię z pachnotki czy musztardowca. 


10 października 2019

Jelonki na spacer. Osiedle "Przyjaźń" w Warszawie.


Osiedle "Przyjaźń " na Jelonkach w Warszawie. Teraz nie mogę sobie przypomnieć, czy nie mieszkałam tam przez kilka dni w czasie studiów na ATK, a może byłam na imprezie ? Spodobało mi się wtedy bardzo. Potem byłam tam już pracując, na grillu ze znajomymi z pracy. Siedzieliśmy sobie przed domkiem na kocykach. Zawsze mi się tam podobało. Bardzo lubię drewniane domy, zwiedzam skanseny i wiejskie przysiółki w poszukiwaniu drewnianych budynków. Ale drewniane, stylowe domy w środku miasta ? Jak do tego doszło ? Postawiono je dla radzieckich budowniczych Pałacu Kultury i Nauki w 1952 roku. Są tam duże, wieloosobowe baraki wzniesione dla robotników oraz domki dla kadry kierowniczej. Baraki zostały zbudowane z materiałów z rozbioru obozu jenieckiego Stalag I-B "Hohenstein" koło Olsztynka, a domki przywieziono z Finlandii. Gdy PKiN został zbudowany budynki przekazano uczelniom w Warszawie i powstały w nich akademiki. I to różnych uczelni. Do tej pory mieszkają tam studenci i pracownicy naukowi uczelni. Są tu sklepy, punkty usługowe, warsztaty samochodowe i biblioteka.


 

 



Zachęcam Was do spaceru po tym klimatycznym miejscu. Te zdjęcia to efekt tylko krótkiego spaceru po tym urokliwym miejscu. Jest jeszcze jedno takie drewniane miejsce w Warszawie, ale napiszę Wam o tym jeszcze.

Banany w cieście po wietnamsku

Moja ulubiona słodka przekąska z barów wietnamskich. Niektórzy mówią  że to danie z ich czasów studenckich. No, ja chyba ich podczas studiów...

Wasze ulubione