Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warsztaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warsztaty. Pokaż wszystkie posty

21 lutego 2021

Wegański camembert, ale nie używajcie tej nazwy

 


200 gramów nerkowców

około 0,4 l wody lub trochę więcej

3- 4 średnie ząbki czosnku  

4 łyżki płatków drożdżowych nieaktywnych

2 łyżeczki octu owocowego

4 łyżeczki mąki ziemniaczanej

sól do smaku 

zioła prowansalskie, czerwony pieprz, płatki chabrów, czosnek posiekany


Nerkowce namaczamy w wodzie najlepiej przez całą noc. Potem odlewamy wodę, wlewamy świeżą i razem miksujemy, aż masa będzie gładka i kremowa. Dodajemy czosnek przeciśnięty przez praskę, płatki drożdżowe, ocet owocowy ( ja miałam truskawkowy, ale jabłkowy jest optymalny ), sól oraz mąkę ziemniaczaną.  W garnku na małym ogniu mieszamy miksturę, aż zacznie gęstnieć. Wtedy przelewamy ją do 4 kokilek lub do innego naczynia do zapiekania. Na wierzchu układamy ulubione dodatki. U mnie to był znów czosnek, czerwony pieprz, płatki chabrów ( bardziej dla koloru i bajeru ). Pieczemy  przez około 15-20 minut w temperaturze 180 stopni C. 

Tym wpisem wracam do pisania na blogu, mam nadzieję, po prawie 9 - miesięcznej przerwie. Nie, nie miejcie dziwnych skojarzeń, akurat tak wyszło. Przepis poznałam na warsztatach o nabiale wegańskim Alicji w Krainie Warzyw. Trochę go zmieniłam i robię podwójną lub potrójną porcję. Pierwotny przepis opiewał tylko na 100 gram nerkowców. Danie jest pyszne, więc robię od razu więcej. Nazwa na warsztacie to " Pieczony camembert ". Starszy syn spróbował, pochwalił, sporo zjadł i powiedział " Błagam tylko nie nazywaj tego camembertem wegańskim, bo to śmieszne". Jako pyszne smarowidło do chleba jest ok. ". Zatem jakiekolwiek podobieństwo, jest zupełnie przypadkowe.

 


 


28 kwietnia 2020

Gobhi Bhurji. Wegańska " jajecznica " z kalafiora


Kiedyś byłam na spotkaniu na którym Inessa Kim i Tapi uczyli jak przygotowywać dania wegetariańskie. W zasadzie to wszyscy razem gotowaliśmy. Byłam zachwycona tym że robiliśmy DAL TADKA, które znam i bardzo lubię, ale jeszcze bardzie spodobało mi się danie z kalafiora, zupełnie mi nieznane. Taka niby jajecznica z kalafiora. Kolorem i wyglądem bardzo ją przypominała. A smak to eksplozja smaków kuchni hinduskiej. Od naszego spotkania minęło już trochę czasu, a ja zawsze jak widziałam kalafiora przypominałam sobie to danie. Aż do czasu, gdy znalazłam zapiski z tamtego spotkania. Muszę przyznać, że czasem rozczytanie moich własnych bazgrołów sprawia mi trudność. Ale udało się. Nie użyłam świeżego chilli ani zielonej kolendry bo ich nie miałam. Dałam sporo mielonego chilli oraz czosnek niedźwiedzi do posypania dania. Uczynił je może bardziej czosnkowym, ale to nic nie szkodzi w obecnych czasach, a może nawet pomaga. U mnie był to dodatek do soczystych schabowych, ale może stanowić samodzielne danie wegańskie.

1 mały kalafior lub 1/2 dużego kalafiora
2 pomidory lub 1/2 koncentratu pomidorowego
4 ząbki czosnku
4 czerwone chilli
chilli w proszku ( do smaku ) 
ok 5 cm imbiru
2 łyżeczki kminu rzymskiego
2 łyżeczki kurkumy
2 łyżeczki kolendry mielonej
sól do smaku
ghee lub olej rzepakowy z masłem do smażenia
zielona kolendra lub inna zielenina do posypania 


Na rozgrzany tłuszcz wrzucamy kmin rzymski, chilli, czosnek i imbir pokrojony w drobną kostkę i pomidor pokrojony w drobną kostkę. Dodajemy kurkumę oraz mieloną kolendrę i mielone chilli do smaku. Po 5 minutach smażenia dodajemy kalafiora bardzo drobno pokrojonego, tak by przypominał ziarnistą masę. Można zetrzeć na tarce na grubych oczkach, Smażymy razem około 15 minut, często mieszając, tak by mieszanka warzyw i przypraw dokładnie pokryła kalafiora i by się on nie przypalił. Podajemy danie gorące posypane zieloną kolendrą lub inną zieleniną. 

29 marca 2020

Makaron z czerwoną cebulą duszoną w czerwonym winie z czarną cieciorką. Pasta con cipolla rossa e ceci neri

Ten cudowny makaron z czerwoną cebulą duszoną w czerwonym winie z cieciorką pierwszy raz skosztowałam na warsztatach kuchni włoskiej, które prowadziła nasza polska guru od zero waste Sylwia Majcher. Szłam na te warsztaty z przeświadczeniem, że już sporo wiem o kuchni włoskiej.  Sporo dowiedziałam się o tej kuchni  podczas pobytu kulinarnego w Toskanii. Często też gotuję w domu we włoskim stylu.  A to wszystko z  uwagi na uwielbienie od dziecka dla kultury włoskiej, języka i kuchni włoskiej. Zaczęło się oczywiście od piosenek. Za czasów przaśnej komuny te włoskie piosenki i filmy były powiewem innego świata. Najbardziej lubiłam włoskie filmy i ubrane ze smakiem kobiety. A języka zaczęłam sama się uczyć, choć chwyciłam same podstawy.  Pierwsze przepisy po włosku miałam z czasopisma dla kobiet po włosku. 
Ale wracam do warsztatu z Sylwią Majcher. Robiliśmy na nim też domowy makaron, focaccię i torta di limone. Ale największym zaskoczeniem był sos z czerwonej cebuli, tak nieoczywiście gotowanej z czerwonym winem i do tego ta cieciorka ! Co za połączenie ! Przymierzałam się do zrobienia go od kilku miesięcy. Gdy kupiłam jakiś czas temu czarną cieciorkę z Sycylii wiedziałam, że wyląduje w tym daniu. Ale czas leciał. Cieciorka leżała spokojnie w szafce. Aż przyszedł czas kwarantanny i zaczęłam wyciągać z szafki różne dziwne rzeczy. Znalazło się również czerwone domowe wino od moich rodziców. I ta cebula jako główny składnik ! Wiadomo. 
Jedynie czego nie dodałam to parmezan lub pecorino, bo nie miałam akurat ich w domu. Ale bez tego danie było wyśmienite. Muszę tylko ostrzec, że cebula zyskuje w tym daniu sporo słodyczy !



4 średnie czerwone cebule
1 szklanka czerwonego wina  
3/4 szklanki ugotowanej cieciorki
50 g oliwy z oliwek
50 g masła
sól morska do smaku
świeżo mielony czarny pieprz
parmezan lub pecorino 

Cebulę kroimy w piórka.  Smażymy krótko w mieszance oliwy z oliwek i masła ( od 5 do 10 minut ). Potem dodajemy czerwone wino i dusimy pół godziny. Wino odparuje, a sos się ładnie zredukuje. Po tym czasie dodajemy cieciorkę. Taką jaką mamy. Doprawiamy solą i czarnym pieprzem. Mieszamy z ugotowanym makaronem ( około 500 g. ). Posypujemy serem lub nie. 

10 marca 2020

Kuchnia żydowska w Łodzi




16 lutego 2020 roku  byłam na wycieczce do Łodzi, tropami judaiców łódzkich. Odwiedziliśmy cmentarz żydowski oraz miejsce skąd odchodziły z getta transporty więźniów do obozów zagłady. Potem jeszcze rzut oka na Piotrkowską i pojechaliśmy na warsztaty kuchni żydowskiej . Oprowadzała nas cudowna przewodniczka Anna Maksymowicz, posiadająca mnóstwo wiedzy i potrafiąca to świetnie przekazać. Poprowadziła również warsztaty kulinarne. 
Zanim przystąpiliśmy do pracy dostaliśmy talerz gorącej Szlaj zupy. Zupa o kolorze szlamu, stąd nazwa. Żydzi w Stanach Zjednoczonych uważają ją za swój wynalazek, chociaż to polski krupnik. Ja kiedyś usłyszałam teorię, że tak kuchnia żydowska z Polski to tak naprawdę zamrożona kuchnia staropolska. Tylko polska kuchnia ewaluowała i zatraciła swój pierwotny charakter, a Żydzi kultywując tradycję utrzymali ją w stanie mało zmienionym. Ale jest to jedna z teorii. Szlajma miała delikatny słodki smak, który został uzyskany dzięki dodaniu pasternaku.


Na początku zrobiliśmy chałkę z już gotowego ciasta. Spośród wielu wzorów wybrałam ten na czasie. Winogrona. Niedawno było święto żydowskie drzew. I motyw winogron wpisuje się w nie znakomicie. Muszę przyznać, że moje dwie chałki wyszły znakomicie.

Regulach. Niedawno na grupie polonijnej, gdzie się rozmawia o polskim jedzeniu zobaczyłam podobno tradycyjne polskie danie o nazwie „ regulach „. Z wyglądu przypominało mi rogaliki, więc pomyślałam, że to taka zamerykanizowana nazwa rogalików. Moja mama robi takie z nadzeniem ze swoich powideł. I na tych warsztatach dowiedziałam się że to danie żydowskie. Nadzienie jest z mieszanki kakao, cynamonu, cukru i orzechów włoskich. Sekret jednak tkwi w cieście, które jest z dodatkiem białego sera, przez co jest bardzo delikatne.


Najdziwniejszym daniem był kugiel. Kiedyś jadłam w restauracji „ Tejsza” w Tykocinie danie o tej nazwie i była to babka ziemniaczana, ale uwaga z mięsem kurczaka.  Ze wszystkich znanych mi wersji babki ziemniaczanej , ta smakowała mi najmniej. I tak zapamiętałam kugiel. Tu dowiedziałam się że kugiel może być ziemniaczany lub makaronowy, ale musi mieć okrągły kształt. Według naszej przewodniczki jest to potrawa wspólna Żydów w XIX wieku. My robiliśmy wersję makaronową na słodko. Danie jak danie, dla mnie nic specjalnego. 


Zrobiliśmy też prostą wersję czulentu. Ten moment jest jeszcze przed dodaniem koncentratu pomidorowego oraz ugotowanej czerwonej fasoli. Mój pierwszy czulent jadłam podczas pobytu na Krakowskim Kazimierzu z moją koleżanką Agnieszką i jej mężem. 



Robiliśmy jeszcze żydowski tatar z wątróbki oczywiście. To potrawa znana mi od dawna. Tutaj była w wersji dość prostej, wątróbka, jajka, szczypiorek i olej rzepakowy. Moja wersja jest z dodatkiem gęsiego tłuszczu. Żydowski tatar. 

 A na koniec zdjęcie uroczych  regulachów, czyli rogaliki już upieczone. 


19 listopada 2019

Warsztat robienia okonomiyaki


W Warszawskiej Szkole Języka Japońskiego uczyłam się niedawno robić placek japoński z patelni - OKONOMIYAKI, którego bazę miała stanowić szatkowana biała kapusta oraz jajka i mąka pszenna.


Pozostałe składniki możemy dodawać zgodnie ze swoimi gustami. OKONOMIYAKI, czyli japoński wytrawny placek. Nazwę tłumaczy się jako smaż co chcesz. I smażyliśmy co chcieliśmy. Poza kapustą dodaliśmy pora, a potem boczek kładziony w plastrach już na wierzch placka. „Okonomi” znaczy „gust, preferencje”,  a „yaki” – smażenie. Można do placka dodać wodę lub dashi, czyli wywar z wiórków ryby bonito. To on nadaje jednak plackom specyficzny smak. Dodanie na końcu płatków bonito jeszcze to potęguje.




Na początku zjadłam jedną porcję bez katsuobushi, ale potem już przełamałam się i spróbowałam z tym magicznym składnikiem. Katsuobushi to suszone płatki ryby bonito. To rodzaj tuńczyka. To kwintesencja smaku umami. Oprócz płatków ryby można dodać majonez, najlepiej łagodny, japoński, szczypiorek oraz sos do okonomiyaki ( worcestershire, ketchup, sos ostrygowy i cukier ). Takie placki to świetna przekąska, jak i sposób na obiad.





26 października 2019

Warsztat kuchni argentyńskiej



Jak przeczytałam co będzie robione na tym warsztacie, to szybko się na niego zapisałam, choć miejsce było nietypowe, gdzieś przy węźle Konotopa, przy trasie szybkiego ruchu. Już poza terenem Warszawy. Ale czego się nie robi dla nowej wiedzy. Chodziło o CEVICHE. Kilka razy miałam spróbować, ale zabrakło okazji, a może i odwagi. A teraz miałam poznać tajniki robienia tego dania. Mieliśmy też robić guacamole oraz empanadas z kalmarami i serem. Ceviche nie jest trudne do zrobienia. Najżmudniejsza czynność to opatrzenie ryby. Najlepiej jakby była super świeża. Potem kroi się ją na dość małe kawałki. Przygotowuje sos na bazie soku z cytryny i śmietanki z dodatkami. To sos LECHE DE TIGRE. Rybę się zalewa sokiem z cytryny. A potem dodaje sos i dodatki. 
Empanadas już robiłam na warsztacie kuchni kolumbijskiej i kuchni meksykańskiej. Sama kiedyś nawet w domu zrobiłam. Raz nawet robiliśmy je na warsztacie kuchni wegańskiej i piekliśmy w piekarniku. Taka wersja nawet bardziej mi odpowiada. Tym razem robiliśmy  je z kalmarami i mozzarellą. Przyznam, bardzo dobre połączenie. Co ciekawe ciasto było robione z dodaniem smalcu wieprzowego. To nadaje zupełnie inny smak tym dużym pierogom, jak określił je mój młodszy syn
Guacamole. Nie muszę chyba przedstawiać. Często gości na moim stole.






 Leche de tigre



 

06 października 2019

Ostatnie warsztaty w Toskanii

Kto powiedział, że musiałam o tym co się działo w Toskanii opowiedzieć na szybko po przyjeździe ? Właśnie teraz, jak jest tak ponuro i zimno warto wspominać ciepłą by nie powiedzieć upalną Italię. I jej smaki pełne tamtejszego słońca. 


Zanim zabraliśmy się za pracę na warsztacie z Cristiną Catese pojechaliśmy na targ w Emploi. Tam stargany zarówno z jedzeniem, jak z odzieżą. Przyznam że po kilku dniach gotowania i smakowania Toskanii miałam ochotę zobaczyć również jakie ciuszki można kupić na miejscowym  targu. Było dość upalnie, a ja wzięłam ze sobą same spodnie. Miałam ich trochę dość. Tak, że zamiast latać po części z jedzeniem zwiedzałam inne rejony. I nie byłam w tym odosobniona. Co ciekawe kupiłam nawet sukienkę w ładnym niebieskim kolorze. W pasy. W końcu trafiłam na krótko na targ z jedzeniem, stąd kilka fotek z nimi.  Świeże ryby i owoce morza. Mnóstwo owoców i warzyw. I regionalne wędliny i sery. Sami popatrzcie.





Przyznam, że w przyrządzaniu owoców morza nie jestem zbyt mocna. Dlatego obróbka małży to była dla mnie nowość. Przyglądałam się trochę z boku, bo tym razem byłam w grupie, która robiła ciasta. Danie z małych i dużych małży smakowało wybornie, a ryba była bardzo delikatna. Do małży były podane gnocchi. Same były równie wyborne  z masłem i szałwią. To były już ostatnie warsztaty z Crisiną. Było sporo nauki i zabawy zarazem. I morze wina z miejscowej winiarni. 









Czy to nie są cudowne widoki ? Na miejscu, w naszej agroturystyce było bardzo ładnie. Lubiłam szczególnie podziwiać zachody słońca. Im bliżej było do wyjazdu tym bardziej działała na mnie tutejsza przyroda i aura. Tak jakbym miała na zapas się naoglądać, smakować i nawąchać. Nie wiadomo kiedy znów będę w Toskanii... 



03 października 2019

Warsztat robienia nabiału wegańskiego



Mój umysł opanował już sam opis tego warsztatu, jak go po raz pierwszy zobaczyłam. Bogaty program pełen interesujących potraw. Najbardziej chciałam zobaczyć jak się robi tofu, cheddar z ziemniaka, pieczony camembert i różne mleka z orzechów i zbóż. Już na miejscu po dotarciu na miejsce warsztatów okazało się, że mam robić cheddar z ziemniaka, camembert na ciepło, mleko kokosowe, twarożek z rzodkiewką i twarożek na słodko. I to te dania przypadły mi najbardziej do gustu. Świetna była też słodka śmietanka, którą później wykorzystałam do placków zrobionych z reszty wiórków, jaka została z robienia na warsztacie mleka kokosowego. Druga grupa robiła tofu oraz różne rodzaje " mlek " roślinnych. Nie jestem wegetarianką, ani weganką, jednak ograniczam w diecie jedzenie mięsa i bardzo lubię urozmaicone dania. Warsztaty prowadziła Alicja Szepietowska. Poznałyśmy się bardzo dawno temu na jednym z warsztatów. Najbardziej w opisie warsztatu podobał mi się tekst " Jestem trenerką, co ułatwia mi budowanie kontaktu z grupą i jej zaangażowania, natomiast do dziś nie umiem wpłynąć na grupę żeby nie podjadała ". Rzeczywiście trochę podjadałam, szczególnie przy robieniu cheddaru z ziemniaków. Myślę że inni podobnie. 






 

Zabraliśmy się ochoczo do pracy, chociaż sprzęty na miejscu nam to czasem utrudniały. Wspólnie zrobiliśmy mnóstwo dań. A potem je razem zjadaliśmy. Sporo zostało i każdy trochę ze sobą wziął. Z tego co wzięłam zrobiłam potem ciekawe danie. Ale o tym następnym razem. 




 


Banany w cieście po wietnamsku

Moja ulubiona słodka przekąska z barów wietnamskich. Niektórzy mówią  że to danie z ich czasów studenckich. No, ja chyba ich podczas studiów...

Wasze ulubione